Czy inny miejski aktywizm jest możliwy?

Miejscy aktywiści są marzycielami, snującymi piękne wizje przy kawiarnianych stolikach, narzekającymi na władze, a w skrajnym wydaniu – kilktywistami, którzy mają dużo do powiedzenia na portalach społecznościowych, ale niewiele do zrobienia w tak zwanym „realu”. Prawdziwy miejski ruch społeczny będzie ruchem nie kontestacji, ale aktywnego włączania się we współtworzenie miastaRead more

17 lutego 2012

Miejscy aktywiści są marzycielami, snującymi piękne wizje przy kawiarnianych stolikach, narzekającymi na władze, a w skrajnym wydaniu – kilktywistami, którzy mają dużo do powiedzenia na portalach społecznościowych, ale niewiele do zrobienia w tak zwanym „realu”. Prawdziwy miejski ruch społeczny będzie ruchem nie kontestacji, ale aktywnego włączania się we współtworzenie miasta na własnych zasadach.

(CC BY 2.0) by John Spooner / Flickr

„Od kilku lat inne miasto zyskuje w Polsce niesamowitą popularność – pełno go w tekstach, na fotografiach i w filmach czy też w działaniach miejskich aktywistów. Mówimy o nim przy kawiarnianych stolikach, w galeriach, teatrach, domach kultury, redakcjach. Organizujemy ruchy poparcia i koalicje na jego rzecz. (…) Najmniej mamy go jednak w polskiej rzeczywistości”pisał niedawno Artur Celiński na łamach „Res Publiki” i nie sposób się z nim nie zgodzić w tej pesymistycznej diagnozie rzeczywistości. Autor słusznie wskazuje na to, że polskie miasta cierpią dziś na brak sensownych rozwiązań na szczeblu politycznym, a to z kolei wynika z braku wizji ich modernizacji i rozwoju, skorelowanej z wizją rozwoju Polski. Brak poważnej debaty nad przyszłością polskich miast wynika rzeczywiście w dużej mierze z tego, że nie ma z kim o niej debatować. Rząd Donalda Tuska, którego elektorat w dużej mierze oparty jest na dobrze sytuowanych mieszkańcach dużych miast, do tej pory nie dał się poznać jako wrażliwy na ich oddolnie wyrażane potrzeby i zdaje się nie dostrzegać, że „ruchy miejskie” są nowym, ważnym zjawiskiem, któremu warto wyjść naprzeciw. Być może jakąś nauczką będzie tutaj wpadka rządu z podpisaniem ACTA – choć wydaje się, że w sprawie rozwoju miast rządy PO popełniają wpadkę za wpadką, a i tak wszystko uchodzi im na sucho i na poważną debatę w tej sprawie nadal nie można liczyć.

Nieco ironiczny wołacz („Platformo!”) i pytanie postawione w tytule tekstu Artura Celińskiego traktuję właśnie jako wyraz pewnej bezradności, wołania na puszczy. I tej bezradności chciałbym się uczepić, bo nawet jeśli nie takie były intencje autora, to oddają one bolączkę, na którą w moim przekonaniu cierpią współczesne ruchy miejskie, przynajmniej w ich polskim wydaniu. Ich animatorzy, bo których autor tekstu z pewnością się zalicza, wydają się bowiem popełniać jeden istotny błąd, który niedługo może się okazać „błędem założycielskim”: tworzą bardzo rozległą sferę oczekiwań mieszkańców wobec władz przy jednoczesnej niewielkiej wierze w możliwości działania oddolnego i realnego wpływu nie tylko na politykę miejską, ale także na, by tak rzec, własnoręczne tworzenie „innego miasta”.

Spójrzmy na podział ról, który wyłania się z tekstu Artura Celińskiego: „aktywiści miejscy” są wizjonerami, którzy siedzą „przy kawiarnianych stolikach” i marzą o tym, jak mogłoby być fajnie, piszą o tym w różnych redagowanych przez nich czasopismach lub zakładają kolejne grupy na Facebooku. Produkują niesamowite ilości „miejskiej gadaniny”, organizują debaty i protesty, gdy natomiast przychodzi do realizacji tych wszystkich marzeń, trzeba zwrócić się do polityków, jako do tych, którzy „wizje intelektualistów i aktywistów mogą zamienić w rzeczywistość”. Przy czym ze zwróceniem się bywa różnie, bo jedynie z rzadka jest ono rozumiane jako skuteczne lobbowanie w sprawach ważnych dla mieszkańców za pomocą różnych dostępnych w demokracji środków, a zbyt często – jako organizowanie jednorazowych protestów w danej sprawie, czasem ograniczających się do zebrania odpowiedniej liczby „lajków” na Facebooku i zrobienia rewolucyjnego zamieszania, po którym zapada krępująca cisza, a wszystko pozostaje na swoich miejscach. Taki model „miejskiego aktywisty” w swoim skrajnym wydaniu zamienia się w „miejskiego kliktywistę”, który w wielu sprawach ma dużo do powiedzenia na portalach społecznościowych, ale niewiele do zrobienia w tak zwanym „realu”. Należałoby więc zastanowić się, czy role zostały tutaj właściwie podzielone i czy nie jest przypadkiem tak, że skoro my, mieszkańcy miast wrażliwi na ich przyszłość i kierunek rozwoju, tak wiele wymagamy od władz, możemy również zacząć więcej wymagać od samych siebie?

Jan Mencwel

animator kultury, fotograf. Redaktor kwartalnika "Kontakt". Członek zespołu Pracowni Badań i Innowacji Społecznych "Stocznia".

Dajemy do myślenia

Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.