Aktualności
Darmowe
RPN
Strona główna
Pastorki: zmiana, której Kościół potrzebuje
4 kwietnia 2026
27 kwietnia 2012
W 1959 roku Nikita Chruszczow oznajmił Richardowi Nixonowi (ówcześnie wiceprezydentowi USA), że w 7 lat Związek Radziecki dogoni Stany Zjednoczone pod względem jakości życia. „Pomachamy wam, kiedy będziemy was mijać” śmiał się Chruszczow, a sala razem z nim, bo cała wymiana zdań, nazwana później „debatą kuchenną”, miała miejsce w Moskwie podczas Amerykańskiej Wystawy Narodowej w Parku Sokolnickim. Wystawa miała olśnić sowieckich obywateli komfortem życia, jakim cieszyli się wówczas Amerykanie, jednak plan ten został skutecznie storpedowany przez Chruszczowa, który przechwałki Nixona o tym, jak technologia ułatwia życie amerykańskim gospodyniom zbył uwagą, że w ZSRR nie mają „kapitalistycznego podejścia do kobiet” a nowoczesne urządzenia, które miały ułatwić życie gospodyniom domowym, uznał za nieistotne gadżety (w radzieckiej kuchni liczyła się efektywność pracy kobiety, która pełniła również ważne funkcje w życiu zawodowym i publicznym, a nie jej radość z używania nowej zmywarki.)
Chruszczow miał dokładnie wyliczone, kiedy Związek Radziecki przegoni USA, a my, dzięki raportowi PwC, wiemy, kiedy dogonimy europejskie miasta: w 2035 roku, jeśli tylko wzrost polskiego PKB utrzyma się na odpowiednio wysokim poziomie, a średniego europejskiego – na odpowiednio niskim. Raport jest suchy i skupia się na „twardych” ilościowych danych, jednak, jak pokazuje przykład Chruszczowa i artykuł z „Gazety Wyborczej”, liczby mają duży potencjał narracyjny. Wspomniany na wstępie Joe West odwiedza polskie miasta i porównuje je z zachodnimi, a my raz kulimy się pod jego krytycznym spojrzeniem, raz pęczniejemy z dumy, w zależności od tego, czy przedmiotem inspekcji jest liczba dziur w łódzkich drogach czy liczba krakowskich teatrów (w obu przypadkach wyrabiamy 200% europejskiej normy).
Czasy, kiedy Polska była 10. gospodarką na świecie (pod względem zużycia węgla) odbijają się nam miłością do liczb, wskaźników i statystyk. Nie kolekcjonujemy już puszek po piwie i kolorowych foliowych torebek, ale kult dżinsów zastąpiliśmy kultem autostrad, a na dodatek dopadła nas imitacyjna gorączka, która każe nam fetyszyzować rankingi. Miejsce na liście staje się wyznacznikiem polskiej tożsamości i miernikiem sukcesu polskiej transformacji, czy chodzi o długość ścieżek rowerowych (nieważne dokąd), czy liczbę zarejestrowanych NGO-sów (nieważne jakich). Stąd trudno dopatrzeć się jakichś nadrzędnych celów czy wartości w polskim dyskursie modernizacyjnym, bo jego zadaniem nie jest wypracowanie wizji lepszego społeczeństwa – ta jest z góry dana i niekwestionowalna – ale nadzór nad pracą dociągania wskaźników do europejskiej średniej. Dlatego ani z raportu PwC, ani z artykułu w „GW” nie dowiemy się, czemu i komu mają służyć polskie miasta, czy doganianie Europy będzie oznaczać ich utowarowienie, gentryfikację i radykalną zmianę struktury społecznej, jakie formy przestrzeni i relacji społecznych chcielibyśmy w nich widzieć. Otrzymamy za to zapewnienie, że wszystko będzie dobrze.
Nie zmienimy z dnia na dzień miłości do liczb i pasji porównywania się, ale możemy zmienić język, w którym to robimy. Dodanie trzeciej kategorii do opisu polskich miast i polskiej nowoczesności trochę by go pogłębiło, a moc upraszczania zjawisk zastąpiłoby (względną oczywiście) mocą komplikowania. Do dychotomii tradycja-nowoczesność dodałabym zatem PRL z jego dwuznacznością w tej kwestii; do dychotomii etniczność-obywatelskość – klasę społeczną, podział miasto-wieś uzupełniłabym o grodzone osiedla, opozycję Wschód-Zachód – o Południe, natomiast opozycję domowe-restauracyjne o bary mleczne, stołówki, kebaby i budki z hot-dogami.
Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.