Aktualności
Darmowe
RPN
Strona główna
Pastorki: zmiana, której Kościół potrzebuje
4 kwietnia 2026
10 listopada 2014
Idziesz po dachu wysokiego budynku. Może być płaski, może skośny, taki jak chcesz. Mijasz rzędy kominów i wentylatorów albo tylko jedną, starą antenę pośrodku, nieważne. Idziesz w deszczu albo po rozgrzanej słońcem papie – masz ten dach na wyłączność.
Idziesz w stronę krawędzi, przy której przystajesz. Tak na samym, samym końcu, że dalej nie ma już żadnego oparcia. Pamiętaj o warunku, że musi być bardzo wysoko, bo gdy patrzysz w dół, to nogi robią się takie lekkie, ramiona takie ciężkie, a głowa głupieje. Jesteś tu pierwszy raz. Cały organizm mówi: uciekaj! Jesteś głupcem tak tu stojąc! Nie chcesz zginąć, nie jesteś samobójcą, a narażasz się na jeden zawrót i zapłacisz za to głową! Ale przypomnij sobie, jesteś tutaj po to, żeby skoczyć. Nieważne jak wyglądał ten dach ani jak długo się po nim wałęsałeś. To nad krawędź miałeś dojść. Po to, żeby skoczyć, ale nie spaść.

W kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku. To część naszej wizji związanej z przestrzenią otaczającą naszą planetę. Zimny, obcy świat, którego jesteśmy częścią, cząstką. Odległości przechodzą ludzkie pojęcie. Ilość danych wymyka się poznaniu. Wszechświat, który jak dotąd zdaje się być ślepym i milczącym, nie otwiera przed nami ramion. Swoim wysiłkiem ludzkość wdziera się w tę pustkę, z trudem na chwilę wydostając się poza przyciąganie grawitacji. Wydzieranie siłą i sprytem boskich tajemnic – jak herosi w Greckiej mitologii. Za dotknięcie świętości zazwyczaj trzeba płacić wysoką cenę.
W jakim miejscu na świecie, w czasie i przestrzeni jesteś? Zapytaj się w milczeniu, wyobraź sobie ten punkt w rzeczywistości. Oglądając wszystko to, co dzieje się za oknem, widząc ziemię, miejsce zwane domem i ludzi nam bliskich i dalekich, od bieguna do bieguna, wzdłuż kontynentów i oceanów – rozświetlamy znajdującą się ponad nami ciemność, poruszając się w ogromie wymykającym się ludzkiemu poznaniu.
Są to w przybliżeniu słowa, które można było usłyszeć podczas pierwszego z trzech występów Kronos Quartet na festiwalu Sacrum Profanum w Krakowie. Kwartet zaprezentował „Sun Rings”, czyli astralną podróż z muzyką Terry Rileya i wizualizacjami Willie Williamsa. W roku 2000 NASA zaproponowało kwartetowi Kronos przygotowanie występu w oparciu o „dźwięki kosmosu”, czyli szmery, gwizdy, wyładowania i wycia rejestrowane aparaturą przygotowaną przez pracownika NASA, dr Dona Gurnetta. Przez około 40 lat nagrywano fale plazmy, które bądąc pochodną małych i dużych wydarzeń w kosmosie, rozchodziły się w próżni. NASA przekazała taśmy z nagraniami kwartetowi Kronos, a oni z kolei podali je Riley’owi, kompozytorowi z nurtu minimalizmu i ich stałemu współpracownikowi, a ten na przełomie roku 2001 i 2002 skomponował muzykę z wykorzystaniem tego dziwnego materiału. Muzyka jest niepokojąca, szczególnie kiedy słyszy się nagrania kosmosu. Riley chcąc ocieplić brzmienie dodał do niektórych części utworu partie chóru, ale i one są rozdarte. Są chwile, kiedy kwartet przystaje, muzyka jest spokojna, skupiona i melancholijna, kiedy przyglądamy się mijanemu właśnie gazowemu gigantowi – Jowiszowi.
Większa część przekazu związana jest wizualizacjami. Williams przygotowując obrazy i filmy również korzystał z materiałów związanych przede wszystkim z sondami Voyager 1 i 2, które zostały w latach 70. wysłane ze Stanów Zjednoczonych w przestrzeń gwiezdną, a teraz przekraczając nasz układ planetarny są najdalej położonymi obiektami ludzkiej aktywności. Te samotne pojazdy kosmiczne wykonały między innymi pierwszą w historii fotografię całej rodziny naszego Układu Słonecznego. Nagrywały filmy wybuchów słonecznych i sztormów na powierzchniach planet. Voyager 2 jest w „Sun Rings” przewodnikiem. Stąd może się bierze słyszalny chłód, widoczna samotność maszyny wobec tego piękna i ogromu, które mija. Na sam koniec widzimy jednak obrazy Ziemi, ludzi i przyrody. Ostatnia część to powrót do domu, na naszą planetę. Dlaczego tak? Sondy Voyager z każdą chwilą są od nas coraz dalej, ale niosą ze sobą obraz ludzkości zapisany w tzw. Złotym Dysku (The Golden Record). Jest to wiadomość przeznaczona dla tych, którzy gdzieś kiedyś może na to natrafią. Jest to dysk przypominający płytę winylową z zapisanymi na nim instrukcjami jak odtworzyć informacje. Znajdują się na nim geometryczne dane dotyczące lokalizacji i budowy Układu Słonecznego, sylwetki ludzi, fotografie dorosłych i dzieci różnych kultur, zdjęcia miast, przyrody i wytworów naszych cywilizacji. Są dźwięki ulicznego gwaru, śpiewu ptaków, płaczu noworodka, mowy większości języków świata. A poza tym jest muzyka: jest blues, jest muzyka klasyczna, są zapisy nutowe dzieł Beethovena.
Moim zdaniem jest w tych projektach (Sun Rings, Voyager, Golden Record) coś zadziwiającego i tragicznie pięknego – coś bardzo ludzkiego. Dobrze podsumowuje to wypowiedź prezydenta Stanów Zjednoczonych Jimmy Cartera, która znalazła się na Złotym Dysku. Przytoczę ją tak, jak ktoś kiedyś może ją odsłucha: „This is a present from a small, distant world, a token of our sounds, our science, our images, our music, our thoughts and our feelings. We are attempting to survive our time so we may live into yours.”
Laurie Anderson w spotkaniu z Kronos Quartet, czyli „Landfall”, to kolejny na Sacrum Profanum spektakl na muzykę, wizualizacje i słowo. Zaletą takiego skoncentrowanego programu, jest utrzymanie jednolitej narracji przez ponad godzinę, dzięki temu można to nazwać spotkaniem. Kronos z muzyką Rileya w „Sun Rings” to wzlot w przestrzeń, w znacznej mierze chłodna i niepokojąca. Z kolei „Landfall” mocno wbija się w ziemię, wwierca w ludzki świat i kreśli znaki zapytania. Wrażliwość na kruchość człowieka prowadzi Anderson do kruchości całych społeczeństw, do ambiwalencji cywilizacji. Oczywiście, w świecie siły i bezwględności wszelką słabość należy maskować, co jest samonakręcającą się spiralą – od indywidualnego dreptania w kółko w jednym miejscu, po miażdżenie całych cywilizacji pod własnym ciężarem. Obraz przekazywany przez Laurie Anderson jest pesymistyczny i katastroficzny. Nie ma sensu precyzowanie teraz tego, co było tam powiedziane, co się tam działo. Kojarzyło mi się to ze swobodnym opadaniem. Dokładnie te dwa słowa. W piosence „Another Day in America” na albumie Homeland Laurie Anderson recytuje: „Czy wiecie dlaczego tak kocham gwiazdy? Bo nie możemy ich zranić, nie możemy ich spalić, ani przetopić, ani sprawić, żeby od teraz ich nie było. Nie możemy ich zatopić, ani wysadzić w powietrze, ani wyłączyć … Ale sięgamy po nie. Sięgamy po nie”. Sięgamy w kosmos, ale jesteśmy ludźmi, mamy swoje ograniczenia. W tym momencie widzę film „Stan nieważkości”, kapitalny dokument Macieja Drygasa, wpasowujący się pomiędzy „Sun Rings” a „Landfall”. Cena okupienia postępu bywa wysoka. A jednak wciąż i wciąż podejmowana. Jak w historii Prometeusza.
Jednak ta sama kultura, która wydała opowieść o umęczonym Prometeuszu, pozwoliła Pitagorasowi marzyć o wielkiej harmonii świata, o muzyce sfer, o matematycznym pięknie geometrii gwiazd. Badał wartość odległości pomiędzy dźwiękami, budując akordy słuchał, jak te dźwięki współgrają ze sobą, jak ich ułożenie pozwala na nazywanie skal i tonacji, znanych nam do dzisiaj. W takiej muzyce zanurzony miałby być cały wszechświat. Wszystko, co spaja i rozdziera bezkres, jest muzyką, nie ma tam żadnej pustki, nie ma ciszy. Być może nie było jednego Pitagorasa, może była to cała szkoła lub sprawny zespół, ale prawie na pewno byli oni mistykami. I mam tu na myśli prawdziwe, tajemne misteria, o których niewiele wiemy.
Ważnym elementem tegorocznej edycji Sacrum Profanum była dla mnie możliwość posłuchania na żywo utworów Steve Reicha i Philipa Glassa. Dotychczas znałem ich tylko ze słyszenia, że są. Glassa słyszałem w ścieżce dźwiękowej do filmu „Koyaanisquatsi”, a o Reichu widziałem film dokumentalny. Dla mnie spotkanie z ich muzyką było jednym z najciekawszych aspektów tego festiwalu.
Glass prezentował osobiście swoje etiudy, na ten koncert nie dotarłem. Poza tym Bang On A Can All-Stars, znany w kręgach muzyki współczesnej i minimalistycznej zespół propagujący te nurty, zagrali „Two Pages” Glassa – hipnotyczny, niemal godzinny cykl powtarzających się fraz zaledwie kilku dźwięków. Jest to, jak powiedział ktoś z moich znajomych, muzyka wymagająca, choć nie wiem, czy jest to dobre słowo. Bo zasadniczo można po pięciu minutach koncertu wyjść do toalety, wrócić, po dziesięciu minutach można wyjść na papierosa, wrócić, po chwili poczytać wiadomości w smartfonie, zaraz potem odprowadzić dziewczynę na tramwaj, wrócić po dwudziestu minutach i klaszcząc na koniec utworu stwierdzić z zaskoczeniem, że w tym czasie w muzyce nic się pozornie nie zmieniło. Można powiedzieć, że ta muzyka jest wymagająca pod względem skupienia i koncentracji, ale i to byłoby za wiele – bo nie sposób nie odpłynąć w myślach przy tym miarowym rytmie, jak podczas podróży pociągiem (będąc wykonawcą tego typu kawałków trzeba podczas gry przynajmniej raz się pomylić – inaczej uwaga, możesz być robotem). Myślę, że utwory, takie jak „Two Pages” Glassa, wymagają wyrozumiałości, odrobinę chęci „pobycia sobie” w tym miejscu w tym czasie. Coś, jak wizyta u fryzjera, kiedy siedzisz, nie ruszasz się, czekasz i ktoś czesze Twoje włosy. Kiedy stałem tak z tyłu sali i słuchałem, to skojarzyło mi się to właśnie – z czesaniem mózgu. Te powtarzające się wzory mają coś z transu. Mają coś z sygnałów świetlnych, które jak stroboskop, doprowadzają epileptyków do ataku. Może to być nieprzyjemne uczucie. Nie każdego człowieka rytm i ruch jego ciała, np. podczas biegu czy pływania, prowadzi do euforii. Może to być męczące.
Kiedy szóstego dnia festiwalu słuchałem „New York Counterpoint” Steve Reicha, to myślałem o muzyce elektronicznej, z jej prostotą i powtarzalnością. Struktura tu jest dla mnie dość podobna, może dlatego część twórczości Reicha i Glassa przypadła mi do gustu, bo przypomina mi coś, co jest mi bliskie. Jeżeli muzyka ta kojarzy mi się z muzyką na saksofon basowy serwowaną przez Colina Stetsona, to znaczy, że jest dobrze. Chciałbym przy tym dodać, że szukając po festiwalu nagrań, np. „Two Pages” Glassa, trafiałem na wykonania mniej pociągające niż te na festiwalu. Nawet kiedy na nagraniu sam twórca wykonuje utwór na organkach elektronicznych, brzmi to bardzo płasko. Warto było jechać przez cały kraj, żeby przeżyć to na własnej skórze. Ostatecznie, czesanie mózgu jest doświadczeniem na wylot zmysłowym.
Trzeba też wspomnieć o czysto elektronicznej odsłonie Sacrum Profanum. Ostatni dzień, a właściwie cała noc festiwalu, poświęcona była podopiecznym słynnego wydawnictwa Warp Records, które w tym roku obchodziło swoje 25-te urodziny. Na jubileuszowy przegląd zaproszeni zostali weterani (Autechre, LFO) oraz młode wilki (Battles, Hudson Mohawke i inni). Impreza zorganizowna została w opuszczonym Hotelu Forum, co poza względami praktycznymi na pewno dodało do wydarzenia smaku.
Ale o tym za chwilę, bo przy okazji warto wspomnieć o organizacji całego festiwalu. Poza urodzinami Warp, większość koncertów odbywała się w Teatrze Łaźnia Nowa – trzeba było codziennie pielgrzymować z Krakowa do Nowej Huty. W podstawianym autobusie można było się integrować z innymi uczestnikami albo i nie, ale trzeba przyznać, że z koncertu raczej chciałoby się wyjść prosto na Kazimierz. Tak było w przypadku kilku występów, które na początku festiwalu odbywały się w Muzeum Inżynierii Miejskiej. Problem w tym, że do tej sali mogło wejść dużo mniej słuchaczy niż w Łaźni, a po 7 minutach większość była ugotowana na twardo, bo to były te ciepłe, południowe noce września (a obsługa niestety nie pozwoliła mi wejść do środka z lodami). Poza tym drobnym marudzeniem, to do organizacji nie ma co się przyczepiać, wszystko grało jak trzeba, a nawet więcej – na imprezie warpowskiej każdy dostawał na wejściu zatyczki do uszu, ze względu na decybele, które miały wyciskać krew z bębenków.
Teraz możemy wrócić, do smaku tej ostatniej nocy festiwalu. Dla mnie był to popiół, popiół pod językiem. Może dlatego, że nigdy nie byłem jednym z psychofanów ekipy z Warp-u, chociaż uwielbiam kwaśną i tłustą muzykę. A może dlatego, że po tygodniu z Reichem, Glassem, Rileyem, Anderson i resztą, po prostu nie mogłem się skontaktować z tym, co robili starzy i młodzi z Warp. Autechre, legenda, więc zacieram ręce, że będzie zacierka mózgu. Nie, nie mogłem złapać klimatu. A szkoda. Chociaż to, że grali do sali całkowicie pogrążonej w ciemności, było fajne. Na reszcie koncertów (równolegle na dwu salach) było podobnie, zachodziłem posłuchać i odbijałem się od sceny. Patrząc po innych twarzach miałem podobne poczucie zagubienia, nie wiedziałem do końca, co ci wszyscy ludzie tutaj robią, gdzie łażą, skąd się tutaj wzięli. Wszyscy byliśmy nieco odklejeni, na sztucznym podnieceniu. Domyślam się, że może wymagane do tego wszystkiego było wspomaganie farmakologiczne, ale jako że nie byłem w nic zaopatrzony ani chętny, więc sporo czasu przegadałem, mocząc gardło przy barze. Wymywając popiół. Tej nocy spętała Hotel Forum mgła bardzo, bardzo gęsta.
W tym miejscu chciałbym wspomnieć o jeszcze jednej twarzy tego festiwalu. Aranżacje współczesnej muzyki elektronicznej na instrumenty symfoniczne. W tym roku była okazja posłuchania wybranych utworów Boards of Canada, Aphex Twina, Squarepushera – na partie smyczków, dęciaków i kotłów. Brzmiało to jak dziwaczna muzyka filmowa, do której brakuje filmu (chociaż wizualizacje towarzyszyły prawie całemu festiwalowi). Myślę, że to tyle w tej sprawie. Nigdy nie rozumiałem fascynacji pomysłami w rodzaju: Perfect symfonicznie, Queen symfonicznie, itd. Nie rozumiem i teraz. Jest w tym coś pociągającego, przyznaję, coś interesującego dla muzyków, żeby „zagrać to inaczej”, ale moim zdaniem takie pomysły wymagają bardzo radykalnego podejścia, bo jak nie, to brzmi to jak nadęta karykatura, albo jakaś rozmemłana nuda. To samo niestety dotyczyło wykonania przez duet Skalpel utworów Andrzeja Panufnika, czy jak to mówią – inspirowania się. Wyszło z tego kilkanaście minut nudy i refleksji w rodzaju: „Panowie, skończcie już”. Ideą „rewrite” przejęli się bardzo muzycy z zespołu Alarm Will Sound, którzy prezentowali różne wariacje na temat twórczości Reicha, ale na szczęście nie był to jedyny koncert tego wieczoru.
Oprócz opisanych wyżej i jeszcze wyżej projektów były też chwile, kiedy na Sacrum Profanum słuchaliśmy i widzieliśmy mały światek insektów pośrodku nocy na szczerym polu (Mira Calix, „Nunu”), był wieczór z hitami Kronos Quartet z okazji 40-lecia ich działalności (m.in. „G-Song” Terry Rileya), była zgrabna ballada miłosna napisana dla słynnego mostu na Brooklynie w Nowym Jorku (Missy Mazzolli, „Harp and Altar”), było granie do rytmu serc muzyków (Richard Reed Parry z Arcade Fire, „The Brief and Never”), było sprzężanie wyświetlaczy i głośników smartfonów publiczności z muzyką na scenie (Alvin Lucier, „Firewood”), był żywiołowy numer post-rockowy, który szkoda, że się skończył (z udziałem Lee Ranaldo z Sonic Youth, „How Deep Are Rivers”), była bardzo klimatyczna kompozycja z sampli (Daniel Wohl, „Holographic”), były utwory, które bardziej zachowawczo nakręcone umysły wprawiały w drżenie trwogi duszy. Było więc nawet jeśli nie cały czas pięknie, to przynajmniej ciekawie.
***
Spora część tego festiwalu obejmuje eksperymenty, co z zasady może się udać lepiej albo gorzej i wobec tego niekoniecznie najważniejsze jest zajmowanie jakiegoś „zdecydowanego” stanowiska – podobało mi się albo nie podobało… Czasami jest to krok w przepaść dla twórcy, kiedy nie wiadomo: czy to, co robi jest czymś, czy tylko chwilową mrzonką. Kiedy nie ma pewności, nie ma oparcia. Stajemy na skraju naszego wielkiego gmachu. Trzeba zaryzykować, a spadanie najcześciej, jak wiemy, kończy się zderzeniem z twardą rzeczywistością. Mrzonki i iluzje się rozwiewają. Czasem iluzją bywa tylko wielkość tej naszej budowli, okazuje się metrowym płotkiem, z którego swobodnie zeskakują przedszkolaki. Wtedy budujemy dalej, trochę jednak wyżej. A niekiedy spadamy, spadamy i wszystko dzieje się tak szybko, że nawet nie zauważamy, kiedy obraz się stabilizuje, ucieczka spowalnia, zatrzymujemy się tuż nad ziemią (patrz: film „Faceci w czerni 3”). W tej ilustracji chodzi tylko o to, że nie wiadomo, co się stanie, że cholera wie, co tam jest po drugiej stronie. A po tych dachach snują się nie tylko twórcy, ale również ich publiczność. Także wszyscy ci, którzy tak czy inaczej byli na Sacrum Profanum.
Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.