Darmowe
Demokracja
Europa
Polityka
Demokracja na wojnie, wojna o demokrację
23 grudnia 2025
26 października 2011
Nie wiadomo, jaki film by powstał, gdyby Pina Wendersa została nakręcona z jej udziałem. Artystka zmarła nagle tydzień przed rozpoczęciem zdjęć próbnych. Zespół, który miał pracować z Piną Bausch i w jej obecności, postanowił tańczyć dalej, dla niej. I w Pinie zatańczył pięknie.
Taneczny korowód, który przetacza się przez ekran, jest wyjątkowo różnorodny – zawodowi tancerze i leciwi mieszkańcy Wuppertalu, którzy debiutowali na scenie w spektaklu Kontakthof. Starzy przyjaciele, w Tanztheater Wuppertal Pina Bausch pracowała od kilkudziesięciu lat, a także ci najmłodsi. Kobiety w eleganckich sukniach – kruche, nieśmiałe i delikatne, silne i energiczne. Ekspresyjni i pełni werwy mężczyźni oraz ci bardziej skupieni i wyciszeni. Wszyscy oni tańczą dla Piny w najnowszym filmie Wima Wendersa. Z poświęceniem i w poczuciu bliskości z Bausch, okazując jej swoją wdzięczność poprzez taniec, a także w przemyśleniach i wspomnieniach, którymi przetykane są sekwencje taneczne.

Wenders czekał na realizację tego przedsięwzięcia wyjątkowo długo, bo aż 20 lat. Brakowało odpowiednich środków, żeby oddać zachwyt nad tańcem i ten zachwycający taniec przedstawić na ekranie. Bo tańcem reżyser po raz pierwszy zachwycił się i odkrył go dla siebie, kiedy zetknął się z twórczością Piny Bausch. Od tamtej pory chciał wspólnie z nią zrobić film, temat ten powracał jak refren podczas ich kolejnych spotkań. Jednak przedstawienie tańca, który rozgrywa się w przestrzeni i tę przestrzeń zagarnia, wydawało się niemożliwe na płaskim ekranie.
Dopiero wraz z upowszechnieniem technologii 3D pojawiła się szansa, żeby pełniej oddać specyfikę ruchu. Trzeci wymiar zbliża do tancerzy i dodaje obrazowi głębi. Technologia została przy tym wykorzystana z ogromnym wyczuciem, nie dla pustego popisu i epatowania efektami. Przeciwnie – obraz jest tak naturalny, że po chwili można zapomnieć o nowatorskich sztuczkach i przede wszystkim podążać za artystami Tanztheater.
Sceneria zmienia się wielokrotnie – tancerze raz znajdują się na deskach teatru, za chwilę przenoszą na ulice Wuppertalu – tańczą na ruchliwym skrzyżowaniu albo w wagonie słynnej wiszącej kolejki, wśród jesiennych liści w parku czy nad rzeką. We fragmentach Le sacre du printemps scenę pokrywa warstwa ziemi, w sekwencjach z Vollmond – zalewają strugi sztucznego deszczu. Bez względu na to, czy jest to postindustrialna przestrzeń fabryki, czy urokliwa altana ukryta wśród zieleni – każde z tych miejsc wydaje się dla tańca zupełnie naturalne.
Tak jak i taniec sprawia wrażenie najbardziej naturalnego sposobu na wyrażenie stanów i emocji dla tych wszystkich, którzy współtworzyli spektakle Piny Bausch – tancerzy z różnych stron świata: Japonii, Czech, Niemiec, Hiszpanii, Brazylii, Francji. Artystka jak nikt inny potrafiła swoich tancerzy „uruchomić”, pokazać poprzez ich taniec to, co najbardziej nieuchwytne, czego nie da się wyrazić wprost.
„Od pewnego miejsca nie można powiedzieć więcej, można już tylko sugerować” – w filmie padają słowa Piny Bausch z archiwalnego nagrania. Unaocznia to istotę teatru tańca, który artystka z uporem i niezłomnym przekonaniem tworzyła przez blisko czterdzieści lat. Teatr, jak to widzę, rozumiała ona podobnie do Antonina Artauda – jako swoisty język „w pół drogi między gestem a myślą”.

Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.