Uchodźcy nie są przedmiotami

Uchodźca musi być podmiotem, a nie przedmiotem postępowania. Tymczasem brak w dyskusji o uchodźcach głosu wolnościowego, co zastępuje bezrefleksyjna dyskusja o praktyce

21 lipca 2015

„Wykorzystywanie biednych. Pozycja na misjonarza” – to jeden z roboczych tytułów książki Charlesa A. Murraya (później nazwanej „Bez korzeni”), który przychodzi mi do głowy, gdy słucham dyskusji o uchodźcach. Główny nurt rozmowy na ten temat jest skrajnie odhumanizowany. Dyskusja pomiędzy głowami państw wchodzących w skład Unii Europejskiej toczy się wokół pytania – ilu uchodźców i do jakiego kraju wysłać. Pomijana jest w ogóle kwestia ludzkiej godności, a ludzie traktowani są jak przedmioty, liczby, w najlepszym przypadku problem do rozwiązania. Jest to oczywiście myślenie pragmatyczne. Kilka krajów ma z uchodźcami ogromne trudności, a inne chcą tym krajom (rzekomo tym uchodźcom) pomóc. Ale jest to pragmatyzm, którego podstawy są etatystyczne, centralistyczne i technokratyczne.

To traktowanie ludzi jak przedmioty, które można gdzieś wysłać i rozwiązać „ostatecznie problem”. Taka myśl i praktyka, która dopuszcza wysłanie ludzi w dowolne miejsce bez pytania ich, gdzie chcą mieszkać i co chcą robić, jest obca europejskim tradycjom wolnościowym (chociaż ma swoje, głównie XX-wieczne tradycje). Brak w dyskusji o uchodźcach głosu wolnościowego i traktowania ludzi podmiotowo, niezależnie od okoliczności. W ogóle brak dyskusji o zasadach, co zastępuje bezrefleksyjna dyskusja o praktyce.

A gdybyśmy dyskutowali o zasadach, to ktoś musiałby zauważyć, że albo jesteśmy społeczeństwami i krajami otwartymi, które nie limitują możliwości osiedlania się innym ludziom, albo społeczeństwami zamkniętymi, z limitami. Jeżeli jesteśmy społeczeństwem otwartym, to uchodźcy mogą przyjeżdżać do nas w dowolnej liczbie i mogą osiedlać się w dowolnym miejscu. Każdy człowiek ma do tego prawo. Kropka. Zauważmy jednak, że nie mówimy tu o jakiejkolwiek pomocy państwowej (co nie znaczy, że nie ma pomocy zinstytucjonalizowanej np. organizacje charytatywne). Przykładem takiego otwartego kraju były kiedyś Stany Zjednoczone. Społeczeństwa czy też kraje zamknięte wprowadzają zaś limity wjazdu, mają specjalne prawa dla jednych ludzi, kontrole z murami na zewnątrz i kontrolami wewnątrz itd. (za skrajny przykład może służyć Izrael).

I tutaj dochodzimy do ciekawej konstatacji. Polityka otwartości i wolności jest nie do pogodzenia z państwem opiekuńczym nie tylko ideowo (państwo opiekuńcze – socjalizm, państwo otwarte – liberalizm vel libertarianizm). Także w praktyce obserwujemy krach państwa opiekuńczego pod wpływem coraz większej liczby uchodźców i czeka nas zamykanie się państwa opiekuńczego na migracje. Czyli albo jesteśmy społeczeństwem otwartym i przyjmujemy dowolne liczby uchodźców, albo mamy państwo opiekuńcze. Europa będzie się musiała zmierzyć z tym zagadnieniem.

Ale wróćmy do próby wolnościowego spojrzenia na problem uchodźców. Pytanie, co w takim razie powinno się zrobić? Odpowiedź na nie brzmi: oczywiście nic. Ci ludzie muszą ponosić konsekwencje swoich czynów, ale też mogą mieszkać, gdzie chcą i robić, co chcą (w granicach prawa w kraju, w którym się znajdują). Mogą nawet przyjechać do Polski, proszę bardzo. Ale nawet jako skrajny antyetatysta, antysocjalista i liberał mam z tym problem.

Może dlatego, że jest jeszcze jeden element nieobecny w dyskursie o uchodźcach. Najłagodniej rzecz ujmując, chodzi o europejski udział w destabilizacji krajów, z których pochodzą uciekinierzy. Uważam, że błąd, jaki zrobili rządzący Europą, wspierając tragiczną w efektach działalność Stanów Zjednoczonych, powinien mieć jakieś konsekwencje. Europa powinna wziąć odpowiedzialność za swoje czyny. Dla uchodźców z krajów takich jak Libia czy Syria musimy musimy przygotować coś więcej niż tylko otwarte drzwi (pytanie, czy w ogóle można zrobić coś więcej?).

Co nie znaczy, że ma to być pomoc w postaci nakazu przesiedlenia czy centralnie przygotowanego wzorca. Wbrew wcześniejszej tezie, że państwo opiekuńcze jest nie do pogodzenia z państwem otwartym (a także z respektowaniem godności ludzkiej, bo państwo opiekuńcze z zasady traktuje kogoś takiego jak uchodźca przedmiotowo), spróbuję przedstawić pomysł na pomoc, która traktuje człowieka przedmiotowo, szanując godność każdej jednostki.

refugeeFot. Wikimedia

Każdemu człowiekowi (w praktyce rodzinie), który przedostanie się do Europy i otrzyma status uchodźcy, powinna zostać przedstawiona propozycja od europejskich państw – taka, na jaką dane państwo może sobie pozwolić. Niektóre państwa mogłyby przygotować coś więcej, inne mniej. Każde państwo jasno i publicznie przedstawiłoby swoją ofertę. To z tych ofert uchodźca wybierałby miejsce zamieszkania i jeśli nie miałby pieniędzy to (wyjątkowo) na koszt tego kraju mógłby do niego przyjechać.

Jaka mogłaby być propozycja polska? Myślę, że każda polska gmina mogłaby przygotować się na przyjęcie co najmniej jednej rodziny. Zasada „jedna gmina, jedna rodzina” to nie tylko kwestia finansowa, bo na więcej niektóre gminy nie mają pieniędzy, ale jest to też związane z zagrożeniem ekstremizmem, którego w tym artykule w ogóle nie poruszam, a który w przypadku budowania większych skupisk uchodźców mógłby być poważniejszy (tutaj nie uniknąłem przedmiotowego traktowania). Taka gmina mogłaby chyba zaoferować np. mieszkanie socjalne i zasiłek taki, jak dla polskiego bezrobotnego i polskiej rodziny (np. przez rok lub do czasu podjęcia pracy), plus lekcje polskiego i szkolenia zawodowe (urzędy pracy). To uchodźca wybierałby jednak miejsce zamieszkania z dostępnych jeszcze gmin.

Wybierałby, czy chce mieszkać w Lęborku czy Białymstoku i dowiadywałby się, co konkretnie może tam otrzymać, jakie są szanse na pracę itd. Jeżeli liczba uchodźców przekroczyłaby liczbę gmin, to w pierwszej kolejności uchodźców powinny przyjmować miasta powyżej 50 tys. mieszkańców (sposób wyboru musi być przejrzysty i prosty). Jasne jest, że jeżeli człowiek sam sobie kupi lub wynajmie mieszkanie, to może mieszkać, gdzie chce. Mówimy o tych uchodźcach, którzy nie mają żadnych pieniędzy. Gmina powinna dostać 50 proc. rekompensaty kosztów utrzymania uchodźcy od państwa, jednak nie powinny być to pieniądze pochodzące z UE. Biorąc ich środki, musielibyśmy przystać na ich zobowiązania i zasady przyjmowania uchodźców.

Na każdym etapie uchodźca musi być podmiotem, a nie przedmiotem postępowania. To on wybiera, choć oczywiście według oferty i zasad przygotowanych przez nas. Pojawi się pytanie o limity. Tak, taki limit powinien zostać pewnie wprowadzony (znowu technokracja). Na przykład 10 tys. rocznie, to cztery osoby na gminę. Ale w praktyce nie sądzę, żeby uchodźcy chcieli do nas przyjeżdżać naprawdę masowo. Może nawet zrobiliby to w ostateczności?

Ciekawy może być jeszcze jeden aspekt problemu. Kim są ludzie, którzy uciekają np. z Libii? Myślę, że będą to głównie zwykli obywatele, niezaangażowani w strony konfliktu, wkurzeni, że taki konflikt ma w ogóle miejsce oraz zwolennicy poprzedniej władzy, czyli w tym przypadku Kadafiego. Podejrzewam, że zwolennicy i bojownicy obecnych form władzy raczej tu nie przyjadą. Dlatego nie dziwmy się, jeśli nie będą naszej oferty traktować z wielką wdzięcznością. Zniszczyliśmy ich kraje, a teraz dajemy jałmużnę.

Fot. Bengin Ahmad/Flickr/CC

Dajemy do myślenia

Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.