Aktualności
Europa
Polityka
Strona główna
Bułgaria głosuje, a Rosja ma nadzieję na nowego Orbána
18 kwietnia 2026
23 czerwca 2014
Sarkanie na polityczną abnegację młodego pokolenia jest ulubioną rozrywką wielu starych. Ulubioną rozrywką wielu młodych zaś – odpowiadanie na to sarkanie. Niestety, w tym samym języku, w którym narrację prowadzą ich rodzice. Niezależnie od tego, co jest w tym języku mówione, do żadnej wojny pokoleń w Polsce nie dojdzie.
Dawno temu Jan Garewicz sformułował apokaliptyczną definicję pokoleniowości, wedle której „istotą przeżycia pokoleniowego jest przedsmak końca świata”. Cóż, pokoleniu Polaków, które dziś wchodzi w dorosłość, świat wali się na okrągło. To, jak byli przyuczani do jedzenia (określenie Doroty Masłowskiej) pozostaje dla nich instrukcją obsługi rzeczywistości, której już nie ma. Jednocześnie w obliczu, szumnie rzecz ujmując, narodzin nowej rzeczywistości nie dokonuje się w Polsce zjawisko, które Margaret Mead nazwała niegdyś prefiguracją. Młode pokolenie nie wypracowuje własnej artykulacji politycznej, co znakomicie tłumaczy jedno z bardziej medialnie nadmuchanych wydarzeń ostatnich tygodni, czyli sprawę Marysi z Gorzowa.

Gdy siedemnastoletnia Marysia zadała Donaldowi Tuskowi pewne niewarte cytowania pytanie, część prawicowych mediów, głównie związanych z braćmi Karnowskimi, szybko wzięła ją na sztandary i okładki. Druga część nieco sensowniej zauważyła, że „pasowanie Marysi na ikonę prawicy jest dowodem na tejże, excusez le mot, zidiocenie” (Robert Mazurek). „Czy w polskiej debacie publicznej jest tak źle, że główną rolę odgrywa głos licealistki?” (Paweł Lisicki). Właśnie to zdanie naczelnego „Do Rzeczy” jest szczególnie istotne. Na siedemnastoletnią Marysię można bowiem machnąć ręką; jednak tego, że agresywnym pytaniem z tezą zadanym przez młodą emocjonowała się ogromna część starych, nie wolno lekceważyć. Da się, oczywiście, to zainteresowanie wytłumaczyć prosto: oto dziecko powiedziało, że król jest nagi. Tyle, że Marysię od dziecka z bajki Andersena różni jedna kwestia. W Nowych szatach króla dziecko powiedziało samo z siebie coś, co wszyscy widzieli gołym okiem, ale czego nikt nie krzyknął. Marysia zaś powtórzyła to, co pewna narracja mówi od dawna. I jedynymi, którzy podchwycili jej słowa, byli właśnie uczestniczący w tej narracji – jako jej zwolennicy lub krytycy.
Oni nie należą do pokolenia rówieśników Marysi. Są brzuchaci i łysi. Okopali się na swoich stanowiskach. Decydują. Rządzą. Wyznaczają wektor debaty publicznej: to znaczy wyznaczają język, jakim tę debatę się prowadzi. Marysia przemówiła językiem, którego składnię i fleksję przygotowali starzy. W jej wypowiedzi nie ma niczego istotnego poza tym, że wyszła z ust nie wąsacza w sztruksowej marynarce, ale bardzo ładnej licealistki. Poważnie potraktowali ją wyłącznie ci, którzy poważnie traktują wypowiedzi wąsacza. Młodzi zaś, jeśli przeczesze się media społecznościowe – uznali jej zachowanie za groteskowe.
W sukurs Marysi przyszła jednak inna panienka, z przeciwnej strony barykady – dwudziestoletnia Eliza, pisząc do „Wyborczej” list, w którym żali się na popularność konserwatyzmu wśród polskiej młodzieży. Zapewne gdyby Piotra Stasińskiego poprosić o przygotowanie listy wymarzonych poglądów politycznych własnego dziecka, otrzymalibyśmy list Elizy, wypracowanie, które kończy się zdaniami bardzo niebezpiecznymi, jeśli przemyśleć je w kontekście wojny pokoleń. Otóż: „Chciałabym zwrócić się do polityków lewicy, ale i centrum. Usłyszcie nasz głos i zróbcie młodym antykonserwatywnym miejsce. Lub działajcie też w naszym imieniu”. Co to jest? Jest to potulne wezwanie, potulne kwilenie. Zróbcie nam miejsce – a jeśli nie możecie zrobić nam miejsca to, oczywiście, doskonale to rozumiemy – ale może choć powiecie coś w naszym imieniu, coś zrobicie, co? Bardzo prosimy!
W opublikowanej dziesięć lat temu na łamach „Przeglądu Politycznego” dyskusji z Dariuszem Gawinem i Piotrem Nowakiem, Krzysztof Kruszewski przeciwstawił pojęciu pokolenia pojęcie wiekowej kohorty, która pokoleniem staje się o tyle, o ile uznają ją za takie ci, którzy pozostają na zewnątrz. W takim wypadku dzisiejsi dwudziestolatkowie pokoleniem z pewnością są (vide, z wielu przykładów, rozmowa Żakowski/Najsztub w jednym z ostatnich „Newsweeków”): ale polityczną artykulację znajdują dopiero w języku i wypowiedziach starych. Choćby dlatego, że faktyczna polityka i jej mechanizmy – a nie na przykład zabawa w tak zwane nowe ruchy miejskie – znajdują się poza ich horyzontem poznawczym. Najlepszym na to dowodem jest naiwne oburzenie młodych po aferze taśmowej i wejściu ABW do biur „Wprost”. Trudno ten pokój pokoleń określić nawet jako karykaturę roku 1968 – w końcu ulubionym zajęciem moralizujących francuskich publicystów w rocznice Maja jest wytykanie jego bohaterom, że wygodnie okopali się na stołkach tych, których z nich strącili, że przyjęli ich lajfstail i poglądy. Mogli to zrobić, ponieważ swoim językiem prowadzili dyskurs na tematy starych, a młodzi w Polsce AD 2014 cudzym językiem prowadzą zaś dyskurs na swoje tematy – dobrym przykładem będzie tu naiwny artykuł Mikołaja Bendyka o pokoleniu 90 plus na łamach „Krytyki Politycznej”.
Szczęśliwie jest jeszcze logika biologii, na tyle bezwzględna, że młodzi będą kiedyś musieli zająć miejsca starych. Może więc ten ich – nasz! – brak własnego języka potraktować jako czystą ekonomikę, dzięki której nie mnoży się ponad potrzebę szumnych, pokoleniowych wypowiedzi? W końcu, jak pisał J. M. Coetzee w liście do Paula Austera, świat z generacyjnym buntem niewiele różni się od świata bez pokoleniowego buntu – prócz niewątpliwej rozkoszy przeżycia pokoleniowego: „być może o to chodzi we wszystkich rewolucjach, być może właśnie tego należy się po nich spodziewać: tygodnia wolności, radowania się swoją siłą i pięknem (i uwielbieniem dziewcząt), zanim starzy, siwi ludzie znów wezmą sprawy w swoje ręce i świat wróci do normy”. Ci starzy – to my, już teraz.
Rozszerzona wersja artykułu ukaże się w numerze 4/2014 kwartalnika Res Publica Nowa.
Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.