Europa
Polityka
Społeczeństwo
Strona główna
Koniec Polski emigracyjnej. Czas Polski imigracyjnej
13 czerwca 2026
23 czerwca 2014
Sarkanie na polityczną abnegację młodego pokolenia jest ulubioną rozrywką wielu starych. Ulubioną rozrywką wielu młodych zaś – odpowiadanie na to sarkanie. Niestety, w tym samym języku, w którym narrację prowadzą ich rodzice. Niezależnie od tego, co jest w tym języku mówione, do żadnej wojny pokoleń w Polsce nie dojdzie.
Dawno temu Jan Garewicz sformułował apokaliptyczną definicję pokoleniowości, wedle której „istotą przeżycia pokoleniowego jest przedsmak końca świata”. Cóż, pokoleniu Polaków, które dziś wchodzi w dorosłość, świat wali się na okrągło. To, jak byli przyuczani do jedzenia (określenie Doroty Masłowskiej) pozostaje dla nich instrukcją obsługi rzeczywistości, której już nie ma. Jednocześnie w obliczu, szumnie rzecz ujmując, narodzin nowej rzeczywistości nie dokonuje się w Polsce zjawisko, które Margaret Mead nazwała niegdyś prefiguracją. Młode pokolenie nie wypracowuje własnej artykulacji politycznej, co znakomicie tłumaczy jedno z bardziej medialnie nadmuchanych wydarzeń ostatnich tygodni, czyli sprawę Marysi z Gorzowa.

Gdy siedemnastoletnia Marysia zadała Donaldowi Tuskowi pewne niewarte cytowania pytanie, część prawicowych mediów, głównie związanych z braćmi Karnowskimi, szybko wzięła ją na sztandary i okładki. Druga część nieco sensowniej zauważyła, że „pasowanie Marysi na ikonę prawicy jest dowodem na tejże, excusez le mot, zidiocenie” (Robert Mazurek). „Czy w polskiej debacie publicznej jest tak źle, że główną rolę odgrywa głos licealistki?” (Paweł Lisicki). Właśnie to zdanie naczelnego „Do Rzeczy” jest szczególnie istotne. Na siedemnastoletnią Marysię można bowiem machnąć ręką; jednak tego, że agresywnym pytaniem z tezą zadanym przez młodą emocjonowała się ogromna część starych, nie wolno lekceważyć. Da się, oczywiście, to zainteresowanie wytłumaczyć prosto: oto dziecko powiedziało, że król jest nagi. Tyle, że Marysię od dziecka z bajki Andersena różni jedna kwestia. W Nowych szatach króla dziecko powiedziało samo z siebie coś, co wszyscy widzieli gołym okiem, ale czego nikt nie krzyknął. Marysia zaś powtórzyła to, co pewna narracja mówi od dawna. I jedynymi, którzy podchwycili jej słowa, byli właśnie uczestniczący w tej narracji – jako jej zwolennicy lub krytycy.
Oni nie należą do pokolenia rówieśników Marysi. Są brzuchaci i łysi. Okopali się na swoich stanowiskach. Decydują. Rządzą. Wyznaczają wektor debaty publicznej: to znaczy wyznaczają język, jakim tę debatę się prowadzi. Marysia przemówiła językiem, którego składnię i fleksję przygotowali starzy. W jej wypowiedzi nie ma niczego istotnego poza tym, że wyszła z ust nie wąsacza w sztruksowej marynarce, ale bardzo ładnej licealistki. Poważnie potraktowali ją wyłącznie ci, którzy poważnie traktują wypowiedzi wąsacza. Młodzi zaś, jeśli przeczesze się media społecznościowe – uznali jej zachowanie za groteskowe.
W sukurs Marysi przyszła jednak inna panienka, z przeciwnej strony barykady – dwudziestoletnia Eliza, pisząc do „Wyborczej” list, w którym żali się na popularność konserwatyzmu wśród polskiej młodzieży. Zapewne gdyby Piotra Stasińskiego poprosić o przygotowanie listy wymarzonych poglądów politycznych własnego dziecka, otrzymalibyśmy list Elizy, wypracowanie, które kończy się zdaniami bardzo niebezpiecznymi, jeśli przemyśleć je w kontekście wojny pokoleń. Otóż: „Chciałabym zwrócić się do polityków lewicy, ale i centrum. Usłyszcie nasz głos i zróbcie młodym antykonserwatywnym miejsce. Lub działajcie też w naszym imieniu”. Co to jest? Jest to potulne wezwanie, potulne kwilenie. Zróbcie nam miejsce – a jeśli nie możecie zrobić nam miejsca to, oczywiście, doskonale to rozumiemy – ale może choć powiecie coś w naszym imieniu, coś zrobicie, co? Bardzo prosimy!
W opublikowanej dziesięć lat temu na łamach „Przeglądu Politycznego” dyskusji z Dariuszem Gawinem i Piotrem Nowakiem, Krzysztof Kruszewski przeciwstawił pojęciu pokolenia pojęcie wiekowej kohorty, która pokoleniem staje się o tyle, o ile uznają ją za takie ci, którzy pozostają na zewnątrz. W takim wypadku dzisiejsi dwudziestolatkowie pokoleniem z pewnością są (vide, z wielu przykładów, rozmowa Żakowski/Najsztub w jednym z ostatnich „Newsweeków”): ale polityczną artykulację znajdują dopiero w języku i wypowiedziach starych. Choćby dlatego, że faktyczna polityka i jej mechanizmy – a nie na przykład zabawa w tak zwane nowe ruchy miejskie – znajdują się poza ich horyzontem poznawczym. Najlepszym na to dowodem jest naiwne oburzenie młodych po aferze taśmowej i wejściu ABW do biur „Wprost”. Trudno ten pokój pokoleń określić nawet jako karykaturę roku 1968 – w końcu ulubionym zajęciem moralizujących francuskich publicystów w rocznice Maja jest wytykanie jego bohaterom, że wygodnie okopali się na stołkach tych, których z nich strącili, że przyjęli ich lajfstail i poglądy. Mogli to zrobić, ponieważ swoim językiem prowadzili dyskurs na tematy starych, a młodzi w Polsce AD 2014 cudzym językiem prowadzą zaś dyskurs na swoje tematy – dobrym przykładem będzie tu naiwny artykuł Mikołaja Bendyka o pokoleniu 90 plus na łamach „Krytyki Politycznej”.
Szczęśliwie jest jeszcze logika biologii, na tyle bezwzględna, że młodzi będą kiedyś musieli zająć miejsca starych. Może więc ten ich – nasz! – brak własnego języka potraktować jako czystą ekonomikę, dzięki której nie mnoży się ponad potrzebę szumnych, pokoleniowych wypowiedzi? W końcu, jak pisał J. M. Coetzee w liście do Paula Austera, świat z generacyjnym buntem niewiele różni się od świata bez pokoleniowego buntu – prócz niewątpliwej rozkoszy przeżycia pokoleniowego: „być może o to chodzi we wszystkich rewolucjach, być może właśnie tego należy się po nich spodziewać: tygodnia wolności, radowania się swoją siłą i pięknem (i uwielbieniem dziewcząt), zanim starzy, siwi ludzie znów wezmą sprawy w swoje ręce i świat wróci do normy”. Ci starzy – to my, już teraz.
Rozszerzona wersja artykułu ukaże się w numerze 4/2014 kwartalnika Res Publica Nowa.
Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.