Europa
Nowy numer
Polityka
Strona główna
Polska bomba jądrowa? Najkrótsza droga do katastrofy
6 czerwca 2026
27 stycznia 2012
Zauważmy ponadto, iż nie trzeba koniecznie odwoływać się do sądowych, formalnych performatywów i domagać się (jakkolwiek pojętej) satysfakcji. Niekiedy wystarczy zakomunikowanie owego wyższego ponad przeciętną poczucia godności. Metodę tę upodobali sobie szczególnie bracia Kaczyńscy, a jej „ofiarami” stali się wszyscy „skreśleni” byli współpracownicy, niegdysiejsi równi: Wałęsa, Dorn, Kluzik-Rostkowska…
Inną współczesną kategorią quasi-honorową są „pojedynki” merytoryczne – niektóre przynajmniej debaty polityczne „jeden na jeden” – bo choć nie mają one bezpośredniego związku z honorem, to także ich celem jest uzyskanie satysfakcji oraz potwierdzenie swojego miejsca w grupie i prawa do sprawowania władzy. Dobrym przykładem jest tegoroczny telewizyjny „pojedynek” Leszka Balcerowicza z ministrem Jackiem Rostowskim w sprawie OFE, zainicjowany przez tego drugiego w związku z zarzutami Balcerowicza pod adresem jego i inicjowanej przez niego reformy. Choć nie zakończył się wyraźnym sukcesem którejś ze stron, to obejrzały go 3 miliony Polaków i można uznać, iż w jego rezultacie minister Rostowski obronił niejako swój honor – dyskutował w końcu z Balcerowiczem jak równy z równym.
Ostatnią kategorię stanowią starcia bezpośrednie, omijające struktury prawne, najbardziej przypominające niegdysiejsze pojedynki. W maju br. w odpowiedzi na sugestie polityków lewicy, iż jest przemęczony, Donald Tusk wyzwał ich na „pojedynek biegowy” – 10 km w Łazienkach. W tej sytuacji nie został znieważony urząd Premiera Rzeczypospolitej Polskiej ani też godność obywatela Tuska. Chodziło wyłącznie o honor przywódcy. W domyśle bowiem nasuwało się pytanie: jak mógłby on odpowiedzialnie sprawować władzę, gdyby w istocie był przemęczony? Grzegorz Napieralski rzuconej rękawicy nie podjął, nie chcąc dawać premierowi satysfakcji. Tym samym jednak, w oczach (niektórych przynajmniej) wyborców utracił swój honor – odpowiedzialność za słowa, Donald Tusk natomiast swój honor wiarygodnego przywódcy uratował.
Podobnie zachował się prezydent Komorowski w odpowiedzi na sugestie „Gazety Polskiej” dotyczące złego stanu jego zdrowia. Na pojedynek nie wyzwał jednak dziennikarzy gazety ani też reprezentującego ich formalnie redaktora naczelnego, lecz… Jarosława Kaczyńskiego, pozostawiając mu niejako wybór broni – przepłynięcie jeziora Wigry bądź wyścig narciarski na stoku. Logika tego posunięcia była iście honorowa – w końcu satysfakcji nie mógł się prezydent domagać od kogoś niższego rangą, wyzwał zatem na pojedynek przywódcę obozu politycznego, za którym stała obrażająca go gazeta. W obu tych przypadkach chodziło nie tyle o to, czy pojedynek się w ogóle odbędzie, ile o samo performatywne wyzwanie, obowiązujące jedynie w ramach odróżniającej się tym samym od reszty obywateli klasy politycznej.
Choć współczesne pojedynki nie są już krwawe, to przynależność do klasy politycznej wciąż wymaga od jej przedstawicieli okresowego potwierdzania lojalności, czy to za pomocą sądu, merytorycznej debaty, czy też sportowej rywalizacji. Natomiast niezmienny pozostał fakt, iż współczesne przedstawicielki elit władzy z honoru – podobnie jak ich przedwojenne poprzedniczki – korzystają niezmiernie rzadko, już nie dlatego, iż im to nie przystoi, lecz być może dlatego, że uznają go po prostu za męską fanaberię. Tymczasem niewątpliwie dla męskich elit przywódczych honor, występujący dziś zazwyczaj w przebraniu podwyższonego poczucia własnej godności, wciąż stanowi pokaźny polityczny kapitał symboliczny, a każdorazowe – dodajmy: niezwykle częste – odwoływanie się do niego jest formą performatywnej legitymizacji wyróżnionej, przywódczej roli. Warto o tym pamiętać, gdy po raz kolejny usłyszymy w telewizyjnej dyskusji słowa: „będzie Pan miał proces…”.
***
Artykuł ukazał się w numerze 205 Res Publiki Nowej (jesień 2011)
Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.