Czy inny miejski aktywizm jest możliwy?

Po pierwsze, wcale nie jest powiedziane, że wszystkie te „rzeczy”, które chcielibyśmy widzieć w naszych „innych miastach”, musi nam zbudować – czy też: zapewnić – „Platforma” czy inna równie enigmatyczna władza, która przyjdzie po niej. Żeby sobie uświadomić, że „miejski aktywizm” nie musi ograniczać się do oczekiwania wielkich, odgórnych zmian,Read more

17 lutego 2012

Po pierwsze, wcale nie jest powiedziane, że wszystkie te „rzeczy”, które chcielibyśmy widzieć w naszych „innych miastach”, musi nam zbudować – czy też: zapewnić – „Platforma” czy inna równie enigmatyczna władza, która przyjdzie po niej. Żeby sobie uświadomić, że „miejski aktywizm” nie musi ograniczać się do oczekiwania wielkich, odgórnych zmian, wystarczy przypomnieć, że ruchy miejskie w polskich miastach – wbrew temu, co próbują nam wmówić ich współcześni badacze i orędownicy – nie zaczęły się w XXI wieku. Samoorganizowanie się mieszkańców miast ma w Polsce piękną tradycję, niestety zupełnie zapomnianą i nie stanowiącą żadnego punktu odniesienia dla dzisiejszych wysiłków na rzecz „innego miasta”. Kto z dzisiejszych warszawskich aktywistów słyszał o tym, jak powstała Biblioteka na Koszykowej, Galeria „Zachęta” albo Filharmonia Narodowa? Czy wielu aktywnych mieszkańców Żoliborza, narzekających na powstawanie kolejnych banków przy placu Wilsona, zna historię Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej i wie, skąd się wzięła wyjątkowa architektura i zamysł żoliborskich uliczek? Kto z narzekających na Stadion Narodowy słyszał o tym, że przed wojną po drugiej stronie Wisły funkcjonował najnowocześniejszy obiekt sportowy Warszawy – tor kolarski Dynasy, zbudowany jeszcze w XIX wieku siłami mieszkańców? 

Historia Warszawy od końca XIX wieku do wybuchu II wojny światowej jest historią tego, jak mieszkańcy zmieniali swoje miasto. Piszę „swoje”, bo tamte „ruchy miejskie” były naprawdę podmiotowe, o czym świadczyć mogą nie tylko nazwiska sławnych i szanowanych warszawiaków, jak choćby Henryk Sienkiewicz, angażujących się w zbiórki publiczne i „lobbing” na rzecz powstania niezbędnych dla mieszkańców miejsc użyteczności publicznej, ale także na to, że wiele z tych budynków – jak wspomniana biblioteka czy Zachęta – przetrwało próbę czasu, stoją w Warszawie do dziś, nadal spełniając swoją funkcję.

Oczywiście porównywanie sytuacji sprzed stu lat do tego, z czym mamy do czynienia dzisiaj, przysparza wielu kontrowersji. Wiele ze wspomnianych inicjatyw rodziło się jako element walki o zachowanie polskiej tożsamości pod zaborami; władza była wtedy obca, więc nie można było mieć wobec niej rozbudowanych oczekiwań. A jednak wydaje się, że taki model działania, w którym mieszkańcy potrafią się zorganizować i zebrać niezbędne środki, otrzymać w dzierżawę teren oraz stworzyć projekt wymarzonego obiektu, nie powinien być lekceważony przez dzisiejszych aktywistów miejskich. Nie tylko dlatego, że w ten sposób można po prostu doprowadzić do realnych zmian w krajobrazie i funkcjonowaniu miasta. Także dlatego, że władze dopiero wtedy dostrzegą mieszkańców jako realną siłę, gdy zobaczą, że stać ich na coś więcej niż snucie wizji o „innym mieście” w kawiarniach, na debatach i w w internecie. Ruchy miejskie – zdaniem Artura Celińskiego zyskujące „niesamowitą popularność” – dzięki tego typu realnym działaniom mogłyby przejść „próbę sił”, która przydałaby się nie tylko im samym, ale także władzom, by te przekonały się, że w sprawie przyszłości naszych miast nie są jedyną siłą sprawczą. W ten sposób stworzyłby się „układ sił” – zamiast sytuacji w zasadzie jednobiegunowej, w której mieszkańcy mogą najwyżej silić się na efektowny, choć nie zawsze efektywny opór (czego przykładem może być głośna sprawa „okupacji” baru Prasowego). W konsekwencji mogłaby zaistnieć realna debata o przyszłości miast, również o zmianach w ogólnopolskiej polityce, o której słusznie pisze Celiński.

Na szczęście tego typu inicjatywy też pojawiają się w dzisiejszej Warszawie, ale wydaje się, że choć mogą spotkać się z przychylnością władz, to niestety nie gromadzą wokół siebie trwałych ruchów miejskich, co stanowi główną barierę dla ich realizacji. Jedną z takich inicjatyw był powstały dwa lata temu pomysł utworzenia w samym centrum Warszawy Skweru Sportów Miejskich. Ta w stu procentach oddolna inicjatywa, która początkowo spotkała się z przychylnością władz, mogłaby stać się wizytówką aktywizmu miejskiego w Warszawie i siły mieszkańców. Mogłaby, ale z czasem zainteresowanie spadło, a ostatnio słyszy się, że władze chcą wycofać się ze swojego poparcia dla tego pomysłu, bo nie wierzą w możliwości jego trwałej realizacji. Nie wierzą? To dlaczego mieszkańcy nie udowodnią im, że są w błędzie? Do tego jednak nie wystarczy ani jeden, ani nawet 10 artykułów prasowych i tysiące fan page’ów. Trzeba stworzyć prawdziwy miejski ruch społeczny, który będzie ruchem konstruktywnego sprzeciwu – nie kontestacji, ale aktywnego włączenia się we współtworzenie miasta na własnych zasadach.

Czy dzisiejszych miejskich aktywistów stać na tego typu działania? Sądzę, że tak, i w tym sensie podzielam optymizm Artura Celińskiego, bo rzeczywiście myślenie o „innym mieście” przeżywa dzisiaj swoje 5 minut. Obyśmy go nie przespali, snując najpiękniejsze nawet wizje oraz formułując coraz bardziej rozbudowane oczekiwania wobec polityków i władz miejskich. Tak jak my z poziomu ulicy nie widzimy żadnego przemyślanego planu rozwoju polskich miast, bo zasłaniają go nam przypadkowo stawiane wieżowce i stadiony, tak z perspektywy „góry” nasze plany i marzenia mogą być nadal słabo widoczne; w końcu z góry widać tylko duże rzeczy. Skoro oni nie chcą się trochę schylić, to my możemy spróbować urosnąć, to może być jakaś droga do przerwania klinczu, w którym tkwią ruchy miejskie i władze miast we współczesnej Polsce.

Jan Mencwel

animator kultury, fotograf. Redaktor kwartalnika "Kontakt". Członek zespołu Pracowni Badań i Innowacji Społecznych "Stocznia".

Dajemy do myślenia

Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.