Aktualności
Demokracja
Europa
Polityka
Strona główna
Wygrał Magyar. Jaka będzie Europa bez Orbána? Koniec wymówek, że Budapeszt blokuje
14 kwietnia 2026
21 września 2010
Postaram się sprawę naświetlić, odpowiadając na trzy pytania. Po pierwsze: czego takiego brakuje partii, która niemal na pewno pozostanie partią rządzącą, że jeden z jej niewątpliwych liderów postanawia z partii zrezygnować? Po drugie, co o naszej kulturze politycznej mówi sytuacja, kiedy po raz kolejny na rok przed spodziewanymi wyborami parlamentarnymi łamie się jedność partii rządzącej, z której powstają frakcje oraz sezonowe projekty polityczne? W końcu – czym naprawdę jest nowo powstała partia i jaką miarą ją mierzyć?
Współczesny świat jest światem słabych tożsamości. Oznacza to powszechną niechęć do wielkich projektów, popularność programów politycznych opartych na mozaikowych ideologiach, przywiązanie raczej do „tu i teraz” niż do wielkich programów. To lekcja politycznego centryzmu, którą odrobił Donald Tusk. Komplikując swój jednowymiarowy wizerunek liberała o katolicyzm i etatystyczną politykę zachował władzę jako lider partii rządzącej. Znać w tej strategii mądrość długodystansowca – najdłużej aktywnego polityka w parlamencie. Zaletą partii centrum jest skłonność ku niej większości umiarkowanych wyborców. Wadą jest osłabienie związków z tzw. „twardym elektoratem” przywiązanym do wyrazistych deklaracji ideowych i rzeczowej debaty raczej niż do dyplomatycznych niuansów.
Nowa partia może zmusić PO do samookreślenia się przed nadchodzącymi wyborami. Nie musi. Na pewno jednak skłoni do przemyślenia swojej bazy wyborczej: liberalni czy konserwatywni, gdzie umiarkowany język konserwatywny najpewniej zatryumfuje. Jej powstanie taktycznie osłabi SLD, gdyż Palikot będzie, w przeciwieństwie do postkomunistów, wiarygodnym partnerem dla partii centrowej. Partia Ruchu Poparcia jest więc obiektywnie dla PO pożyteczna. Wiele w układzie sił nie zmieni, a być może nawet wzmocni koalicję rządową.
W kulturze politycznej III RP rozłamy w partii rządzącej są powszechne. Nic dziwnego, skoro stopniowo każda z tych partii stopniowo dąży do centralizacji swoich struktur, hamując ambicje partyjnych liderów na rzecz jednego wodza. Na rok przed planowanymi wyborami mamy do czynienia z kolejnym rozłamem. Tym razem to Janusz Palikot. Odwołuje się, jak wielu separatystów, do idei decentralizacji i ograniczania rządu: jednomandatowe okręgi wyborcze i kadencyjność. Być może coś jest na rzeczy. Polska kultura polityczna dzieli kraj na dwa: ten samorządowy, w miarę czytelny i stabilny, oraz ten ogólnonarodowy, scentralizowany, nieefektywny i ostatecznie niestabilny. Jakkolwiek jednomandatowe okręgi są hasłem niemądrym, to sprzyjam jego wydźwiękowi: system rządowy i parlamentarny powinien być z jednej strony sprawniejszy (silniejszy premier), a z drugiej strony bardziej zdecentralizowany (bardziej czytelna reprezentacja).
Tranzytolodzy z pewnością ucieszą się, że po raz kolejny w Europie Środkowej można coś porównać. Bez względu na antyklerykalne hasła nowej partii – głosy te zresztą słychać również ze strony środowisk kościelnych – nowy twór ma szansę wybić się jednym postępowym hasłem. A mianowicie parytetu innego niż dotychczas znany. Konserwatywne postulaty stworzenia parytetów dla kobiet są w gruncie rzeczy pieśnią przeszłości. Dziś chodzi bowiem o włączenie do gry politycznej całego pokolenia młodych, ambitnych ludzi w wieku około 30 lat, którzy w pozostałych partiach zostali zepchnięci na margines.
W Czechach Karel Schwarzenberg stanął na czele nowej partii TOP09, która uzyskała w wyborach blisko 17% głosów. Partia ta stawia właśnie na walkę z „politycznymi dinozaurami” w barwach liberalno-konserwatywnych. Palikot ma szansę podbić serca i umysły tej właśnie grupy, jeśli niezależnie od kontrowersyjnych haseł zgromadzi wokół siebie zorganizowaną grupę młodych. Z reguły lepiej wykształceni niż ich polityczni rodzice, trzydziestolatkowie wiedzą, że na scenie publicznej wzrastają dwie opozycyjne grupy: przyszłych emerytów i przyszłych płatników ZUS, którzy własnych emerytur najpewniej nie ujrzą. W związku z tym bliższe im są postulaty komisji „Przyjazne Państwo”, która przynajmniej udaje, że występuje w interesie ludzi przedsiębiorczych. Poza tym oczekują wyrazistego, nowoczesnego przekazu, zajęcia stanowiska w sprawie publicznej roli religii, co nawet niekoniecznie zaszkodzi, a być może ozdrowi instytucję Kościoła. Przede wszystkim zaś hołdują liberalizmowi słowa, który dopuszcza prawo do obrażania, uatrakcyjniając spektakl polityczny, i z niesmakiem wita kolejne procesy o zniesławienie.
Na koniec pozostaje pytanie: czy Nowoczesna Polska albo też Ruch Samoobrony Janusza Palikota to rzeczywiście nowa oferta programowa dla wyborcy, czy też, jak się już przywykło sądzić, jedynie populistyczny zabieg – nietrwała partia sezonowa. Paradoksalnie, na obydwa pytania należy odpowiedzieć twierdząco.
Cezary Wodziński, publikuje traktat o języku polskiej polityki w wyjątkowo ironicznym, iście gombrowiczowskim stylu. Przenikliwa, precyzyjna krytyka patosu i powagi, w którą pragną się ubierać politycy obnaża nagą prawdę o śmieszności naszej sfery publicznej. Co więcej autor postuluje wręcz, by gromki śmiech na stałe zagościł na ustach Polaków. Sprawa jednak nie jest wcale wesoła, książka to poważna analiza języka polityki i apel o jego uzdrowienie. Na uwagę zasługuje także forma traktatu, który nawiązuje do listu Machiavellego do księcia. Autor adresuje swój tekst do Janusza Palikota.
Informacje na temat zamówień oraz więcej informacji o książce znajdują się [tutaj].
Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.