PRZEGALIŃSKA: Dlaczego nie żupan?

Coraz więcej osób poszukuje odpowiedzi na pytanie, co to właściwie znaczy nosić się po polsku. Dlaczego nie żupan, kontusz czy kutasiki?

22 września 2016

Na podstawie pobieżnych nawet obserwacji polskich ulic, goscinców i opłotków można stwierdzić, ze coraz więcej osób poszukuje odpowiedzi na pytanie, co to  właściwie znaczy nosić się po polsku. Poszukiwania te znajdują swoje zewnętrzne manifestacje. Niestety, nie w postaci tradycyjnego stroju polskiego w jego szlacheckiej formie. Nie widać żupanów, pasów i kontuszy. Brakuje również kształcików, czyli sukien bez rękawów, spod których wdzięcznie wystaje koszula. Bardzo żałuję.

Zamiast baszłyków i szarawarów, tudzież paradnych chałatów króluje poczciwy amerykanski t-shirt. Nie ma już na nim wprawdzie Myszki Mickey (chyba ze jako hołd hipsterów dla lat dziewięćdziesiątych), nie ma Che Guevary, nie ma nawet motywu Keep Calm, ale sa za to Żołnierze Wyklęci, Bóg Honor Ojczyzna oraz Chwała Wielkiej Polsce. Dominują motywy nawiązujące do drugiej wojny światowej, choć nie brakuje również i tych z dziejów dawnych i pradawnych, jak chociażby husarskich skrzydeł. Nie widziałam jeszcze Piasta Kołodzieja z Ziemomysłem, ale już Mieszko I, owszem, niekiedy pojawia się na bluzach i wlepkach. Boom przeżywają także salony patriotycznego tatuażu. Niedawno pojawiły się nadruki przedstawiające ukrzyżowane niemowle i napisem „Wołyń – pamiętamy”, a w hitlerowskiej bazie wojskowej Wilczy Szaniec na Mazurach, w parku rozrywek militarnych połączonym z placem zabaw dla dzieci, patriotyczna odzież sąsiaduje z plastikowymi, fluorescencyjnymi czaszkami w czapkach oficerów SS.


O mecenacie idei i filantropii w Polsce – nowy numer Res Publiki Nowej, „Złodzieje i filantropi”. Do zamówienia już teraz w naszej księgarni https://publica.pl/filantropia

2-15-TW-cov


Mimo słyszalnych tu i ówdzie głosów sprzeciwu, branża patriotyczna  – bo tej nazwy należy jak się zdaje użyć – rośnie w siłę i zdobywa coraz to nowe przyczółki, podbijając serca zwłaszcza młodszego pokolenia, które z iPhonem przy głowie, chronionym futerałem z symbolem „Polski Walczącej” sypia w pościeli w „kotwiczne” wzory. Furorę można zrobić, zakładając np. t-shirt ze śladami po kulach, zbroczony farbowaną krwią.

Niewątpliwie jest to coraz prężniejszy biznes, okazja dla wielu startupów, ale także dla dużych firm sieciowych outsourcujących w Chinach, Tajlandi i Bangladeszu. Zresztą, przyzwoite sumy można zarabiać także po drugiej stronie barykady, ostatecznie ten sam producent mając odpowiedni sprzęt może wykonywać także chorągiewki, czapeczki, chustki, czy przypinane znaczki z napisem KOD. Gdy „do boju” ruszają narodowcy, to tenże producent przestawia produkcję na biało-czerwone opaski na rękę oraz inne gadżety i dodatki z patriotyczną symboliką.

Odzież patriotyczna ma jednak to do siebie, ze nie zakłada się jej jedynie od okazji do okazji – produkowana jest z myslą o tym, by można było nosic ja codziennie.  Prawica, co do zasady, raczej tę modę pochwala, ale wśród bardziej przenikliwych radość jest umiarkowana. Nie tylko dlatego, że niekiedy karykaturalne przedmioty, elementy odzieży oraz stylizacje wywołują oburzenie części kombatantów oraz mocno prawicowych blogerów. W kontekście osób dla których koszulka z PW jest chlebem powszednim, istotna jest figura „gimbopatriotów”, wymierzających internetowe wyroki śmierci wrogom ojczyzny (lewakom i nierobom), a „w realu” obklejających przystanki i słupy setkami wlepek z tymi, co zawisną na drzewach zamiast liści.  Okazuje się bowiem, iż „gimbopatrioci” w pewnym sensie uważani są za powód do zażenowania dla innych nacjonalistów. Gdy obserwuje się ich działania z zewnątrz, chociażby w mediach społecznościowych (memy dotyczące ideologii gender czy islamizacji kraju), można odnieść wrażenie, że to wszystko dla beki. Sieciowa saturacja treściami gifów, memów i hasztagów, a także realne (chociaż jakby  nierealne) koszulki z orzełkiem – plastikowe figurki i lizaki w kształcie Polski Walczącej przykrywają  rzeczywistość. Cały ten kram jawi się jak wielopoziomowa gra na punkty – gra w Polskę.

I ta obserwacja przenosi nas jednocześnie na nieco inny poziom refleksji. To frapujące, że przechodząc do mainstreamu (jakże upragnionego), radykalna ideologia, która zawsze cechowała się charakterystycznymi emblematami wizualnymi, właśnie przez silna estetykę moze stracić sił rażenia. Czy kiedy 60% społeczeństwa zacznie nosić koszulki z Małym Powstancem, nie przestanie to być aby pociągające dla najważniejszych budowniczych nowego nacjonalizmu? Ostatecznie, ta koszulka to już nie bilet do ekskluzywnego fightclubu.

Na gimbopatriotę z tatuażem Wołynia, siejącego sieciowy trolling można spojrzeć jako na mikro-portret kultury zaawansowanej technologii i symulacji. Mówią, ze Baudrillard się dawno wyczerpał, ale to baudrillardowskie spojrzenie na świat patriotycznej symboliki zalewającej real i wirtual, pozwala myśleć o niej jako o  swoistym metafizycznym parku rozrywki, zaś o wielu współrodakach jako o tych, co chętnie wybiorą się na przejażdżkę swojego życia. Z jednej strony za pomocą nauki i technologii uzyskujemy kontrolę nad światem fizycznym, który był dla nas wcześniej niedostępny (bo niewidoczny!), z drugiej zaś partycypujemy w kulturze permanentnej  symulacji. To mechanizm, który jest w stanie rozwalcować bardzo wiele ideologii. Sam Baudrillard w The Ecstasy of Communication, zwraca uwagę, iż w dobie symulacji znika „czynność” odzwierciedlania, tak jak znika samo zwierciadło, które zostaje zastąpione ekranem i siecią. Podobnie sądzi bardziej współczesny amerykański badacz nowych mediów, Matthew Fuller. który zauważa na przykład, iż „psychodrama psychoanalizy” zostaje zastąpiona „metafizyką metaboliczną” – metafizyką farmaceutyków, środków odurzających oraz rozmaitych psychotechnik immersyjnych, które pozwalają zmienić hierarchię rzeczywistości, stawiając sferę wirtualną – a raczej wyobrażona –  na piedestale. Zgodnie z ta logika tatuaż jest ważny, i wlepka tez, ale nie ze względu na to, do czego się odnoszą. Oczywiście, może to być – z mojej strony – drobna, marginalna, ale jednakowoż niebezpieczna prowokacja, która uruchomi działania mające pokazać nam wszystkim, że mainstreamowe koszulki wcale nie piłują pazurów narodowych jastrzębi. Faktem pozostaje jednak, że wielokrotnie prany t-shirt z orzełkiem nieco traci kolor, ale może z żupanem byłoby inaczej?

Fot. portret Jakuba Sobieszyna | Wikimedia Commons

Dajemy do myślenia

Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.