Moje pokolenie, czyli moi znajomi

Co jakiś czas w Polsce wybucha dyskusja o różnicy pokoleń. Jest ona nieodmiennie – to jest, od kiedy pamiętam, a mimo przynależności do pokolenia niewątpliwie młodego zarejestrowałam już kilka takich wymian opinii – bezkształtna i pełna emocji, gdyż z braku teoretycznych narzędzi ludzie podpierają się obserwacją własną. Stąd wszystkie polemikiRead more

21 lipca 2014

Co jakiś czas w Polsce wybucha dyskusja o różnicy pokoleń. Jest ona nieodmiennie – to jest, od kiedy pamiętam, a mimo przynależności do pokolenia niewątpliwie młodego zarejestrowałam już kilka takich wymian opinii – bezkształtna i pełna emocji, gdyż z braku teoretycznych narzędzi ludzie podpierają się obserwacją własną.

Stąd wszystkie polemiki z gatunku „przecież moi znajomi”, do którego zaliczyć można również niedawny tekst Mikołaja Bendyka opublikowany na stronie internetowej Krytyki Politycznej:

„Nie znam nikogo, kto bawi się oglądaniem telewizji. Bawimy się spotkaniami w przestrzeni miejskiej. A następnego dnia wcale nie leżymy, zdychając na kaca, tylko    wracamy do aktywności społecznej i pracy”.

Nie wiem, skąd i po co ta uwaga o kacu, zwłaszcza że wcześniej Bendyk gloryfikuje picie w pawilonach jako budowanie więzi społecznych (i nawet widzi rewolucyjny potencjał w nielegalnym piwie) – najwyraźniej on i jego znajomi mają głowy mocne nie tylko w wymyślaniu akcji w przestrzeni miejskiej, ale i w piciu tych buntowniczych nielegalnych browarów. Niemniej stwierdzenie „nie znam nikogo, kogo bawi telewizja”, jest dla mnie nie do pojęcia: w tym momencie, gdybym zgodziła się na wzięcie udziału w dyskursie „przecież moi znajomi”, zaoponowałabym, stwierdzając, że moi bardzo inteligentni znajomi oglądają bardzo inteligentne seriale i nie wiem, co w tym nagannego, chyba że Mikołaj Bendyk oczekuje od nas nieustannej pracy u podstaw w przestrzeni miejskiej bez chwili, choćby pouczającej, rozrywki.

Jakie jest młode pokolenie? Fot. University of Denver / Flickr.
Jakie jest młode pokolenie? Fot. University of Denver / Flickr.

Żeby nie naskakiwać tutaj jednostronnie na młode – moje – pokolenie (M. Bendyk jest moim rówieśnikiem z rocznika 1993 i w dodatku też studiuje socjologię – zastanawia trochę brak analizy socjologicznej w jego tekście), cytowany przez Bendyka wywiad z Żakowskim również wpisuje się w generalizujący trend, tym razem może nie z cyklu „moi znajomi”, ale „Polacy” czy też „ludzie żyjący w tym kraju”. Żakowski zastanawia się, dlaczego wyzyskiwani przez zwierzchników, harujący za marne pieniądze ludzie nie protestują. Nie będę tutaj twierdzić, że Polskę ogarniają protesty na miarę paryskiego Maja ’68 czy nawet zachodnich strajków, ale mniejszej skali inicjatywy istnieją: organizacje, związki, w dużym stopniu bezsilne, ale jednak działające. Bardzo rzadko protesty ogarniają całe społeczeństwo, a ich brak, z wyłączeniem może Europy Południowej, jest od dłuższego czasu problemem nie polskim, bynajmniej nie pokoleniowym, ale światowym. Piszę „problemem”, ale dla wielu ludzi jest to sytuacja idealna – gdy spytamy, dla kogo, i zobaczymy, że ci ludzie kontrolują elity polityczne i media, mamy już chyba jasny obraz przyczyn obecnej sytuacji.

Próbą wyjścia poza argumenty typu „młode pokolenie nie jest beznadziejne, bo ja i moi znajomi działamy” albo „młode pokolenie jest beznadziejne (choć robi dokładnie to samo, co starsze pokolenie)” jest artykuł Wojciecha Engelkinga na stronie internetowej Res Publiki – tekst stanowiący ciekawy przegląd głosów w dyskusji, mający potwierdzić główną tezę, że wojny pokoleń w Polsce nie będzie, gdyż młode pokolenie nie ma własnego głosu. Wniosek brzmi więc dość smutno, tym bardziej, że Engelking sam jest właśnie z pokolenia M. Bendyka oraz Elizy i Marysi, które pogardliwie nazwał „panienkami”. Nie zobowiązuję tutaj młodego autora do transmitowania głosu swoich rówieśników bez przerwy, w każdym artykule, jeśli jednak żadna obserwacja typu „moi znajomi” nie nasuwa mu przykładu potencjalnego środowiska, z którego ten głos mógłby się rozlegać, jest to faktycznie dość rozczarowujące.

Melancholijne pocieszenie w ostatnim akapicie tekstu Engelkinga – bunt pokoleń to romantyczna ułuda i brak tego buntu w naszym pokoleniu świadczy tylko, że wyjątkowo łatwo będzie nam wejść w role naszych rodziców – ignoruje ożywczy wpływ, jaki „młode” ruchy polityczne i kulturalne wywierają od dłuższego czasu na nasze społeczeństwo. Można powiedzieć, że politycznie Maj ’68 nie osiągnął właściwie nic, ale społecznie wpisywał się on w szerszą falę ruchów emancypacyjnych lat sześćdziesiątych, największy sukces odnoszących zapewne w Stanach Zjednoczonych. Z perspektywy wyjątkowo jednolitej etnicznie i religijnie Polski trudno docenić sukcesy w walce z instytucjonalnym i zakorzenionym w społecznych strukturach rasizmem, zaś feminizm i ruchy o prawa LGBT jawią się częściej jako zagrożenie z zepsutego Zachodu niż zwycięstwo nad opresyjnymi normami społecznymi, które popiera wciąż idealizowany Kościół katolicki. Jeśli jest coś naprawdę dziwnego w polskiej młodzieży, to fakt, iż pomimo zachodniej rewolucji obyczajowej w zaawansowanej fazie, pompowanej poprzez kanały imperialistycznej kultury, takie jak właśnie ta wzgardzona przez Bendyka telewizja, młodzież polska potrafi być homofobiczna i rasistowska, o wyśmiewaniu feminizmu jako zbędnego i agresywnego już nawet nie wspominając. O ile na wszechogarniający bunt na razie się specjalnie nie zanosi, chciałabym zobaczyć po prostu więcej moich znajomych na Paradzie Równości, zaś mniej ujawniających się nagle na Facebooku jako korwiniści.

Pozostaje jeszcze kwestia skostniałych mechanizmów obecnej demokracji, internetowych i lokalnych alternatyw i tak dalej. Engelking nieco arbitralnie zauważa, najwyraźniej nawiązując do działalności M. Bendyka i jego znajomych w przestrzeni miejskiej:

„faktyczna polityka i jej mechanizmy – a nie na przykład zabawa w tak zwane nowe ruchy miejskie – znajdują się poza ich horyzontem poznawczym. Najlepszym na to dowodem jest naiwne oburzenie młodych po aferze taśmowej i wejściu ABW do biur »Wprost«”.

Trudno mi dyskutować z argumentem o oburzeniu młodych na aferę taśmową, może dlatego, że reakcje, z którymi się spotkałam – znowu generalizacja, której ciężko uniknąć, jeśli już raz się wejdzie w te polemiki – były dość odmienne. Niemniej nieznajomość „faktycznej polityki” to już nie kwestia „charakteru pokolenia”, lenistwa, zepsucia i tak dalej – to kwestia po prostu braku edukacji. O ten zaś można obwiniać program szkolny, tworzony przez obecnych polityków i ich ekspertów: błędne koło zamyka się. Polityka zamiast obejmować pełne szacunku podejście do każdej przestrzeni wykraczającej poza nasz dom z ogródkiem czy łóżko w akademiku staje się odrzucającą sferą korupcji, afer, intryg i barwnych przekleństw (które nagle wydają się dziwnie pociągające jako dowód, że za tą mityczną polityką stoją prawdziwi ludzie). Engelking nie docenia roli ruchów miejskich, które starają się budować politykę we wspólnej przestrzeni, od podstaw; nie wiadomo, czy jest to droga do odkrycia na nowo i udoskonalenia instytucji – raczej nie. Ale jest to z pewnością pozytywny przykład działalności młodzieży, którą w domu i w szkole uczono przede wszystkim przestarzałych tradycji, interesowności i szacunku głównie do pieniądza. Debata o pokoleniach z debaty o buncie, jego braku czy wyższości „naszych znajomych” nad negatywnym stereotypem powinna przerodzić się w debatę o edukacji, czyli o instytucjach, które kształtują nasze następne pokolenie każdego dnia. Koniec końców, gdy słucham głosu moich znajomych, jest to, na szczęście, przeważnie głos pełen radości – oznajmiający zaliczoną sesję.

Agata Troost

ur. w Warszawie w 1993 r., obecnie studiuje w Utrechcie; w Res Publice na praktykach letnich.

Dajemy do myślenia

Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.