Aktualności
Europa
Polityka
Strona główna
Węgry po Orbánie mogą przekształcić Bałkany Zachodnie
28 maja 2026
27 listopada 2020
Na dłuższy tekst przyjdzie jeszcze czas. Marcin Król zostawił niemały dorobek myśli, złożonych w różne formy publikacji, nad którymi będziemy się głowić. Jako filozof stawiał trafne pytania. Miał zacięcie publicysty, a jako historyk idei był wyśmienitym przewodnikiem i nie stronił od wyrazistych odpowiedzi. Był też wyjątkowym nauczycielem: potrafił zarówno wygłaszać fenomenalnie erudycyjne wykłady, jak i przewodzić angażującym seminariom.
Być może dzięki tej uwodzicielskiej sztuce dialogu lgnęli do niego ludzie głodni rozmowy o sprawach ważnych – publicznych – bez obaw o partyjną stronniczość. To rzeczywiście była rozmowa o poszukiwaniu sensownych odpowiedzi. Zapewne dlatego z jego inicjatywy lub przy jego udziale powstało tyle instytucji, znanych i mniej znanych – nie będę tu wskazywał konkretnej, by żadnej nie pominąć. Dobrze zapamiętałem słowa jednego z jego wychowanków, który co prawda rozstał się z nim w niezgodzie, ale pamiętał, jak wiele mu zawdzięczał i zawsze, gdy potrzebował, mógł liczyć na wsparcie.
Umiejętność gromadzenia wokół silnych osobowości o często przeciwnych poglądach i dyskutowania nie tylko z nimi, ale także między nimi – nie jest dziś w zasadzie modna. Medialne debaty są przeważnie równoległymi monologami dla przekonanych. Z Marcinem Królem równie dobrze prowadziło się rozmowy na seminariach, co słuchało go w wywiadach, bo nie rozmawiał wyłącznie dla rozrywki. Owszem, bywał szalenie zabawny, lubił dowcip – to były nieodłączne elementy rozmowy. Ale nie monologował. Miał też zadziorny temperament – jednym lekceważącym zdaniem potrafił zirytować tabuny zarozumiałych polemistów.
Ostatnio śledziłem jego minifelietony na Facebooku, a przecież były jeszcze teksty w gazetach, wywiady, wykłady, książki. Wszyscy znaliśmy go od innej strony, bo pewnie nieco przekornie nie chciał się dać łatwo zaszufladkować.
Walczył z głupotą, przypominając, że styl myślenia określa to, kim jesteśmy. Myślenie ma konsekwencje – to dla niektórych postawa wręcz konserwatywna. W oczach innych był za to nieznośnie liberalny, bo przypominał o zwykłej przyzwoitości i nie godził się na prostackie chwyty władzy. Co najmniej od dwóch dekad namawiał studentów, niczym hipisowski przywódca, do rozważenia sytuacji, w której należałoby zastosować nieposłuszeństwo obywatelskie. Nie namawiał przy tym do rewolucji – Marcin Król wychowywał do demokracji.

Demokracja, liberalizm, Kościół i spięcia między nimi go fascynowały. Przewidywał konflikty i dominację jednych nurtów nad drugimi, te trendy emocjonowały go tak jak niektórych ekstraklasa. Nie bawiła go jednak ta gra – coraz częściej dało się słyszeć w jego głosie pesymizm. Jako historyk idei szukał odpowiedzi na współczesne pytania przede wszystkim w XIX w. – w procesach i lekturach, które ukształtowały nasz świat.
W ostatnich latach dał się poznać szerzej jako krytyk końcówki XX w. Stawiał, jak niektórzy sądzili, obrazoburcze i szkodliwe – bo popularne – tezy o błędach, jakie w Polsce popełniliśmy. Nie wybierał stron w sporze politycznym, a raczej opowiadał się przeciw postawom, które identyfikował, nazywał i głośno piętnował. Zachęcał do przemyśleń, wyciągania wniosków, szukania nowych odpowiedzi. Do intelektualnej samodzielności i odwagi.
Stawiał śmiałe diagnozy, mówiąc o nadciągającym konflikcie demokracji z liberalizmem. Wierzył w siłę demokracji, ale obawiał się cywilizacyjnego upadku – tyranii opinii bez głębszych znaczeń.
Na początku roku namawiał nas w „Res Publice” na dłuższy esej o wpływowym w kręgach konserwatywnych Rogerze Scrutonie. Mówił mi, że irytuje go spłaszczanie intelektualnej biografii tego niepokornego brytyjskiego myśliciela tak, by mieściła się wyłącznie w szufladce środkowoeuropejskiej prawicy. Choć w wielu kwestiach głęboko się z nim nie zgadzał, to cenił jego oryginalny styl myślenia, a namysł nad silnymi nurtami idei i osobowości, określenie się wobec nich, uważał za kluczowe z punktu widzenia polskiej demokracji.
Też miał własny styl, który wpłynął zdecydowanie na jego przyjaciół i co najmniej dwa pokolenia wychowanków i czytelników. Każdemu, kto z nim obcował nieco dłużej, zaszczepił zapewne sposób podejmowania intelektualnych wyzwań. Czy ktoś się z nim zgadzał, czy nie – to doświadczenie silnie go formowało. Dlatego smucąc się, uśmiecham się też do wielu osób, które są mi bliższe dzięki niemu, i z ochotą czytam wspomnienia, jakie się teraz pojawiają.
Jedną z jego pierwszych książek były „Style politycznego myślenia. Wokół »Buntu młodych« i »Polityki«” – rzecz definiująca w znacznej mierze jego ambicję podnoszenia polskiej debaty na wyższy poziom. Zdawał sobie bowiem sprawę, że bez właściwego prowadzenia sporu o Polskę możemy stawać jedynie przed wyborami głupimi, bo zero-jedynkowymi.
Artykuł został napisany dla polityka.pl
Wojciech Przybylski, prezes Fundacji Res Publica, redaktor naczelny „Visegrad Insight”
fot. Andrzej Barabasz, 3 czerwca 2008
Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.