Aktualności
Demokracja
Europa
Polityka
Strona główna
Wygrał Magyar. Jaka będzie Europa bez Orbána? Koniec wymówek, że Budapeszt blokuje
14 kwietnia 2026
12 września 2014
Choć zaledwie 7% Brytyjczyków uczęszczało do szkół prywatnych, wśród sędziów wyższego szczebla odsetek ten wynosi aż 71%. Szokujące dane są potwierdzeniem tendencji, którą od lat zauważało w swoich raportach OECD, która jest jedynie wycinkiem obrazu edukacji na Wyspach. Warto jednak przyjrzeć się temu wycinkowi z bliska.
Raport Komisji ds. Mobilności Społecznej i Ubóstwa Dzieci, dotyczący edukacji jaką odebrały elity brytyjskiego społeczeństwa, rozpoczął debatę dotyczącą kształcenia w prywatnych szkołach i na najlepszych uniwersytetach. Oprócz sędziów, kolejnymi grupami, wśród których absolwenci niepublicznych placówek dominują, są wyżsi oficerowie sił zbrojnych (62%), stali sekretarze rządowi (55%), a także dyplomaci wyższego szczebla (53%). Ich wpływ jest jednocześnie bardzo znaczący, jeśli chodzi o media i politykę – stanowią oni 43% publicystów prasowych, 26% dyrektorów w BBC, 36% członków gabinetu Davida Camerona, a także 33% parlamentarzystów.

Statystyka ta jest szczególnie ciekawa z polskiego punktu widzenia, według którego szkoły niepubliczne stanowią pewne novum, a nie element wielowiekowej tradycji kształcenia elit. Prywatne i społeczne szkoły podstawowe i gimnazja wybijają się nierzadko ciekawymi propozycjami dla uczniów, oferując atmosferę kształcenia daleką od typowego publicznego molocha. A jednak wśród szkół średnich najlepszymi okazują się być placówki państwowe, często z tradycją dłuższą niż stulecie. Mimo tego, polscy specjaliści od HR powszechnie odradzają studentom i absolwentom uczelni wyższych wpisywanie ukończonego liceum do CV. Aby stwierdzić, czy mają rację, warto sięgnąć do źródeł sukcesów Brytyjczyków, którzy uczęszczali do szkół prywatnych.
Najbardziej intuicyjna odpowiedź brzmiałaby: prywatne szkoły oferują znacznie lepszą edukację niż publiczne. Za pieniądze zebrane z czesnego zatrudniają lepszych nauczycieli, dzięki czemu uczniowie są lepiej przygotowani do egzaminów. Wyniki A-levels, czyli brytyjskiej matury, zdają się potwierdzać to wyjaśnienie. Nie sądzę jednak, aby o przyszłym sukcesie życiowym absolwentów szkół prywatnych decydowały wyłącznie oceny. Można zresztą zauważyć, że trzykrotna przewaga placówek niepublicznych, jeśli chodzi o liczbę osób, które uzyskały najwyższe oceny z przynajmniej trzech przedmiotów maturalnych, nie jest tak miażdżąca, jak przewaga absolwentów tych szkół w niektórych zawodach. Wszak aż 14% sędziów wyższego szczebla ukończyło zaledwie 5 renomowanych prywatnych placówek. Jaki odsetek społeczeństwa stanowią więc absolwenci tych sędziowskich kuźni kadr, tj. Eton, Westminster, Radley, Charterhouse i St Paul’s Boys? Ułamek promila.
Wydaje się, że decydującym czynnikiem jest tutaj wzajemne wspieranie się absolwentów, oparte zarówno na bezpośrednich koleżeńskich więziach zawartych w szkole średniej, jak i na solidarności, polegającej na przyjmowaniu do pracy absolwentów Eton przez innych absolwentów Eton. Ta sama zasada stanowi o pozycji, jaką w brytyjskim społeczeństwie zajmują absolwenci dwóch najsłynniejszych uczelni – Oxfordu i Cambridge. Czy jednak drugie zjawisko nie jest po prostu wynikiem pierwszego, skoro aż połowa studentów przyjmowanych na te dwie uczelnie rekrutuje się ze szkół prywatnych? Ta machina utrwalania wpływów zdaje się być swego rodzaju perpetuum mobile – osoby o odpowiedniej pozycji społecznej (sędziowie, politycy, oficerowie, dziennikarze) wysyłają swoje dzieci do tych szkół, których sami są absolwentami. Dzięki wpływom rodziców, dzieci mają zapewnione lepsze perspektywy zawodowe. Rzecz jasna, są osoby, które w prestiżowych brytyjskich szkołach prywatnych uczą się dzięki stypendiom socjalnym i naukowym. To zazwyczaj bardzo zdolna młodzież, która osiągnęłaby świetne wyniki egzaminów również ucząc się w szkole publicznej. A jednak w tej ostatniej nie spotkałaby kolegów, którzy odziedziczą wpływy i dobry start życiowy. Trudno sobie wyobrazić równie cenne znajomości.
Słowo networking nadal nie zyskało sobie w Polsce odpowiedniej sławy, głównie dlatego, że jest błędnie interpretowane jako synonim kolesiostwa. Oznacza ono jednak pozostawanie w sieci kontaktów znacznie szerszej niż koledzy, z którymi studiowaliśmy lub uczyliśmy się. Trudno spotkać się w Polsce z solidarnością pracodawców czy rekruterów, którzy zawsze chętniej przyjmą do pracy absolwenta tej samej szkoły czy uczelni. To zresztą nie uczelnie są miejscem nawiązywania najważniejszych kontaktów w życiu człowieka. Szkolnictwo wyższe stało się masowe i nie wyobrażam sobie, bym miał czuć szczególny rodzaj więzi z każdą osobą, która studiuje lub studiowała na Uniwersytecie Warszawskim, który obecnie liczy sobie ponad 60 tysięcy studentów. Liczba studentów I roku studiów licencjackich na Harvardzie to dwa tysiące osób – niewiele więcej, niż na pierwszy rok studiów przyjmuje jeden z dużych wydziałów UW. Może więc tworzenie sieci na poziomie danej jednostki uniwersytetu – wydziału, kolegium, instytutu? Albo – dokładnie tak, jak w wydaniu brytyjskim – już w szkole średniej? Na pewno jest to łatwiejsze do wykonania.
W stosunku do podanych przykładów zagranicznych pojawiają się jednak przeszkody, takie jak choćby kontakty ograniczające się najwyżej do zajęć. Wszyscy studenci Harvardu obowiązkowo mieszkają na kampusie, gdzie są losowo przyporządkowywani do pokojów. Właśnie w ten sposób nawiązują się przyjaźnie pomiędzy chłopakiem, który przeszedł przez lata edukacji dzięki fundowanym przez państwo obiadom i przyznanemu przez uczelnię pełnemu stypendium, a synem kongresmena. Brytyjskie szkoły prywatne to najczęściej placówki, w których dzieci i młodzież spędzają cały okres nauki – trzynaście lat – bądź jego większość, spora część z nich to szkoły z internatem. Tworzy to również zupełnie inny rodzaj więzi, zarówno z kolegami, jak i ze szkołą jako instytucją, która staje się drugim (czy wręcz pierwszym) domem.
Czy jednak wzajemne wspieranie się absolwentów, oparte wyłącznie na fakcie ukończenia tej samej szkoły, jest zjawiskiem pozytywnym? Wśród licznych głosów dotyczących słabej mobilności brytyjskiego społeczeństwa, rekordowego w Europie pod względem skali zjawiska dziedziczenia pozycji społecznej rodziców przez ich dzieci, najwyraźniejszy zdawał się być głos lewicowego „Guardiana”. Interesujący głos zabrała jednak w tej sprawie redakcja konserwatywnego „Spectatora”. Przywołując swój własny system rekrutacji stażystów jako sposób na walkę z marnowaniem potencjału, które wynika z nadmiernego przywiązania do prestiżu uniwersytetów i szkół średnich. Pismo nie tylko podjęło współpracę z Social Mobility Foundations, dzięki czemu oferuje płatne, obejmujące zakwaterowanie, krótkie praktyki dla licealistów, ale również przyjęło odważną politykę pozyskiwania nowych dziennikarzy. Zachęcając do przysłania artykułu, krótkiego filmu albo kilku pomysłów na tematy publikacji, wskazuje jednocześnie, aby w przesyłanym CV nie umieszczać informacji o wykształceniu. O ile, rzecz jasna, kandydat w ogóle zdecyduje się przysłać CV, gdyż nie jest to obowiązkowe i nie ma znaczącego wpływu na rekrutację. W Polsce, kraju o relatywnie wysokiej mobilności społecznej, słabo rozwiniętym networkingu, a także braku typowych „kuźni elit”, trudno sobie wyobrazić tego rodzaju ogłoszenie o pracę lub staż.
Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.