Aktualności
Europa
Polityka
Strona główna
Węgry po Orbánie mogą przekształcić Bałkany Zachodnie
28 maja 2026
Każdy chce być realistą. Leszek Miller za realizm w polityce uznaje twarde interesy – czego nie ma, tego nie ma, a jest to, co jest. Reszta to brednie. I dlatego zadaje retoryczne – jego zdaniem – pytanie: co zyskujemy, popierając obecny kierunek ukraińskiej polityki?
Tymczasem realistą można być na wiele sposobów. Henry Kissinger uznawał, jak zresztą wszyscy ci, dla których to pojęcie jest ważne, że moralność jest wartością drugorzędną, ponieważ jest kształtowana przez politykę. Podobnie Bismarck, rozgrywając mniejszych graczy, skutecznie koncentrował politykę wokół potęgi władzy, a Chamberlain, akceptując w 1938 roku w Monachium zajęcie Czechosłowacji przez Hitlera, kierował się realistycznymi przesłankami – zgadzał się na to, co było już faktem.
To właśnie uznajemy za Realpolitik. Z tych pozycji E. H. Carr krytykował Churchilla za brak realizmu – argumentował, że brytyjski lider, nie przyjmując do wiadomości przewagi bolszewików i chcąc restytucji rosyjskiej monarchii, zachowuje się nieracjonalnie, ponieważ w interesie Wielkiej Brytanii było dogadanie się z przyszłą władzą, czyli z silniejszymi, czyli z bolszewikami.
Leszkowi Millerowi zapewne schlebia zestawienie z postaciami tego formatu, ale jego radość jest przedwczesna. Miller chce być realistą i chce być postrzegany jako realista. Wie też, że trudno dziś sformułować zarzut, że kieruje nim coś innego niż polska racja stanu. Były premier w walce o polskie interesy ma niewątpliwe zasługi – negocjacje akcesyjne Polski do UE kończył w iście szekspirowskim stylu, wyciągnięty z rozbitego helikoptera, siedząc w kołnierzu ortopedycznym na wózku inwalidzkim.
Tym poważniejszym problemem są jego dzisiejsze tyrady wymierzone w pro-ukraiński nastawienie Polski. Co innego przecież Leszek Miller i SLD, a co innego Mateusz Piskorski, który z jawnie prorosyjską partią Zmiana gra na najmroczniejszych resentymentach prymitywnych mięśniaków. Być może słowa Leszka Millera, który dziś krytykuje ukraiński nacjonalizm, wynikają z tego, że partia Piskorskiego buduje swoje fundamenty na kruszejącym, betonowym elektoracie SLD, który dobrze wspomina czasy „przyjaźni polsko-radzieckiej”. Ci, który gloryfikują dziś Rosję i Putina, spychają Leszka Millera do narożnika. Szef SLD musi się bronić.
I tu właśnie można poddać realizm Millera w wątpliwość – nie da się bowiem powiedzieć, czy były premier kieruje się realizmem w odniesieniu do interesów Polski, czy tylko w odniesieniu do swojej partii? Czy można jednoznacznie stwierdzić, czy Miller dziś jest oportunistą, który szuka poparcia betonowego elektoratu, prężąc wiotczejące muskuły, czy rzeczywiście stawia ważne pytanie o interesy Polski, której polityczna inwestycja w popieranie Ukrainy nie przynosi, póki co, żadnych zysków.
Tracimy nie tylko narażając się Moskwie – czy Polacy mogliby zresztą narazić się Kremlowi mniej, wstrzymując na zawsze oddech? – ale również pozwalając prześcigać się Niemcom, Francji i Austriakom (!) w realizacji interesów gospodarczych na Ukrainie.
Sądzę jednak, że Leszek Miller, wytaczając działa przeciwko Ukrainie, nie jest żadnym realistą, ale podatnym na oddziaływanie argumentów siły apologetą realizmu. Przy takim założeniu układanka zaczyna się układać, a Miller jest bardziej przedmiotem obcego realizmu, niż podmiotem własnej polityki.
W wywiadzie na temat rosyjskiej propagandy – do przeczytania w najnowszej Res Publice – Andrew Wilson, autor książki „Ukraine Crisis. What it means for the West”, mówił:
Najciekawsze w rosyjskiej propagandzie jest to, że Rosja nie używa struktur państwa i biurokracji, ani nie opłaca opinii ludzi – jej działalność to głównie szturchanie, popychanie, zachęcanie ludzi, by coś zrobili. Rosja trafia z tym do niejednorodnych odbiorców: grup lewicowych i prawicowych, nacjonalistów i ruchów separatystycznych, które odrodziły się w państwach europejskich.
Miller właśnie pozwolił się szturchnąć. Jego słowa i czyny są korzystne dla Moskwy, choć jemu samemu może się wydawać, że działa na rzecz Polski. Tak właśnie Rosja prowadzi dziś wojnę informacyjną. Brak spójności wypowiedzi Millera i jego nieznośny, samczy styl – podszczypywanie, jątrzenie, kopanie przeciwników politycznych po kostkach – tylko potęgują to wrażenie.
Z rozmowy z Andrew Wilsonem wyłania się za obraz współczesnego, rosyjskiego realizmu. Rosyjscy propagandyści zdają sobie sprawę, że ich przekaz jest zbyt słaby, by podporządkować narrację. Dlatego zamiast soft power Rosja używa tego, co Wilson – za Tołstojem – nazwał grubaya syla – surową siłą.
W powieści Wojna i pokój oznacza to władzę społeczeństwa nad jednostkami, nad Anną i, w mniejszym stopniu, nad Kareninem. Odpowiada za osobistą tragedię Anny, która nie może zdobyć miłości, której potrzebuje. Jednak to znaczenie – opresji, surowego, szorstkiego wpływu – zawiera w sobie większość tego, co Rosja wprowadza do użytku jako soft power w krajach takich jak Ukraina. To nie czołgi, ale to również nie potęga przyciągania kultury, która obecna jest w koncepcji Josepha Nye’a. Często oznacza ukrywanie użycia siły, przekupstwo, budowanie rozmaitych „piątych kolumn” – partii i organizacji pozarządowych itd. – których działalność widać w wyborach na Ukrainie.
Nie próbuję powiedzieć, że Miller, tak jak Piskorski, jest elementem rosyjskiej sieci agentów wpływu – sądzę jednak, że swoim tanim realizmem bardziej odpowiada tragizmowi postaci postaci Anny Kareniny.
Cały wywiad z Andrew Wilsonem znajdziesz w nowym wydaniu kwartalnika „Res Publica Nowa”. Zapraszamy do księgarni
Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.