Aktualności
Darmowe
RPN
Strona główna
Pastorki: zmiana, której Kościół potrzebuje
4 kwietnia 2026
21 maja 2014
Thomas Hirschhorn w projekcie Flamme éternelle zamiast metaforycznego dialogu dzieła sztuki z publicznością stawia na dialog między ludźmi, którzy przychodzą do paryskiego Palais de Tokyo. Czy w ciągu 52 dni w obrębie tej instytucji uda mu się rozpalić debatę, zamiast sypać iskry?
Od 24 kwietnia w paryskim Palais de Tokyo można oglądać Flamme éternelle, najnowszy projekt-wystawę Thomasa Hirschhorna. To czysto informacyjne zdanie już na wstępie zawiera w sobie pewną nieścisłość. Oglądanie jest bowiem prawdopodobnie jedną z ostatnich rzeczy, do których artysta chce nakłonić odwiedzających. To, co stawia na pierwszym miejscu w przypadku tej „ekspozycji” to: partycypacja, dyskusja, dialog. Nie chodzi o typowy dla muzeów i galerii dialog między dziełami czy też metaforyczny dialog dzieł z publicznością, a o ten „najzwyklejszy” i zarazem najbardziej autentyczny – dialog międzyludzki, w którym uczestniczy artysta, zaproszeni przez niego goście ze świata sztuki, filozofii, poezji i wszyscy ci, którzy akurat zawitają do Palais de Tokyo podczas 52 dni trwania projektu.

Warto przypomnieć kim jest Thomas Hirschhorn i skąd wywodzą się jego często prowokacyjne dzieła. Ten urodzony w Szwajcarii, a obecnie mieszkający i tworzący w Paryżu artysta, właściwie od początku swojej obecności w świecie sztuki przyjmuje i konsekwentnie podąża śladem właściwej dla niego estetyki chaosu i permanentnego rozpadu, skupiając się głównie na tworzeniu rzeźb o bardzo kruchym, nietrwałym charakterze. Poczynając od instalacji, w których poszczególne elementy łączy grubymi warstwami szarej taśmy (obecnie jego znak rozpoznawczy), aż po jeszcze bardziej efemeryczne praktyki rzeźby społecznej, realizowanej in situ i znikającej wraz z datą zamknięcia danego projektu.
Jego prace nigdy nie pozostają neutralne wobec sytuacji polityczno-ekonomicznej, rzeczywistości społecznej kraju lub konkretnego miejsca, do którego się odnoszą. Hirschhorn lubi szokować widza bombardując go dziesiątkami obrazów przemocy, śmierci czy pornografii jak np. w instalacji Théâtre précaire (2010) zrealizowanej na Biennale sztuki współczesnej w Rennes, czy wideo Touching Reality (2012) zaprezentowanym na Triennale w Paryżu, w którym obserwujemy palec przesuwający na ekranie dotykowym makabryczne zdjęcia ofiar wojennych. Artysta w wywiadach podkreśla, że jego celem jest pokazanie „hardkorowej rzeczywistości”, takiej, jaka jest. Nie chce uciekać w poetyckie, wydumane metafory przed brutalną prawdą o świecie, w którym żyjemy.
Jednak na dzieła Hirschhorna składa się znacznie więcej elementów niż tylko obrazy testujące granice psychicznej wytrzymałości widza i kilometry szarej taśmy niechlujnie sklejającej ten ułomny, upadający świat. Wielu pracom towarzyszy mocne zaplecze filozoficzne i teoretyczne, wynikające z jego długoletniej fascynacji wielkimi myślicielami. Stąd spora już lista „pomników”, które artysta wzniósł dla swoich filozoficznych idoli – Spinozy, Deleuze’a, Bataille’a a ostatnio Antonio Gramsci’ego. Co ważne, te pomniki są równie tymczasowe i efemeryczne jak pozostałe dzieła Hirschhorna: według artysty trwanie i krążenie idei, czy to filozoficznych, czy artystycznych, jest o wiele bardziej istotne niż konserwacja ich materialnych nośników.
Z takiego postrzegania roli sztuki i filozofii narodził się pomysł najnowszego projektu Hirschhorna. Artysta zaznacza, że wystawę Wieczny płomień postrzega jako krok dalej w dążeniu do zaangażowania publiczności w dzieło. 2 000 metrów kwadratowych, które otrzymał do dyspozycji, to miejsce, które mimo swego zamknięcia w ramach instytucji, pozostaje otwarte i ma stanowić „przestrzeń publiczną lub momenty przestrzeni publicznej”. To „przestrzeń spotkań, dialogu, konfrontacji. Przestrzeń aby być, zostać, spędzić czas i oddać się refleksji. Flamme éternelle nie jest wystawą interaktywną, to ciągła praca; Praca, która trwa nieprzerwanie”.
Stąd „wieczny płomień” w tytule wystawy oraz umieszczenie w jej przestrzeni dwóch niegasnących „ognisk”, otoczonych krzesłami i kanapami zapraszającymi, aby przysiąść się i wziąć udział w dyskusji. Idea wydaje się wręcz banalna i sięga do początków wszelkiego dialogu – nie ma chyba nic bardziej pierwotnego niż płomień i zgromadzone wokół niego „ludzkie stado”, które następnie ewoluuje w miejską agorę, aby przekształcić się w parlament i ostatecznie rozproszyć w dzisiejszej przestrzeni publicznej, która, mimo, iż w założeniu bardziej niż kiedykolwiek należy dziś do wszystkich, wydaje się paradoksalnie coraz mniej należeć do kogokolwiek. Projekt Hirschhorna wpisuje się w nurt działań artystycznych dążących do odzyskania tej przestrzeni dla społeczeństwa. Artysta zaprasza swoją publiczność do zgromadzenia się na powrót wokół wspólnego ogniska, rozdmuchania na nowo, za pomocą dyskusji, ledwo tlącego się płomienia intelektualnej wymiany międzyludzkiej.

Zanim widz-uczestnik pogrąży się w przestrzeń wystawy-agory Hirschhorna, w jej przedsionku natrafia na plansze prezentujące kilka zasad określonych przez artystę. Najważniejszą z nich jest obecność – obecność artysty jako opiekuna i mistrza ceremonii, obecność 200 filozofów, pisarzy, intelektualistów, którzy interweniują kolejno od pierwszego do ostatniego dnia trwania projektu, a w końcu obecność publiczności, która w ten sposób ma się poczuć zachęcona do uczestnictwa w debacie, z tymi, których spotka „tu i teraz”. Kolejna zasada to wolny, darmowy dostęp, co jest również bardzo interesujące w kontekście Palais de Tokyo, którego ceny wstępu nie należą do najniższych. „Wieczny płomień” jest jedyną z czterech trwających tam obecnie wystaw, która zwolniona jest z płatnego wstępu.
Ponadto, projekt Hirschhorna zakłada nieprogramowaną produkcję. Nieprogramowaną, ponieważ nie istnieje żaden grafik prelekcji ani spotkań, w którym odwiedzający mogliby sprawdzić kto i kiedy pojawi się w Palais de Tokyo. Zaproszeni przez artystę goście sami decydują o temacie i czasie swojej interwencji, podobnie jak publiczność o tym czy i jak wiele czasu im poświęci. Celem wydarzenia jest nieustanne produkowanie wiedzy, dyskusji, doświadczeń, a wreszcie również i ich śladów materialnych, takich jak kilkunastostronicowy dziennik tworzony na miejscu i dystrybuowany za darmo.
Mimo, iż najważniejszym elementem projektu Thomasa Hirschhorna jest to, co niematerialne, czyli dialog i obecność, nie sposób pominąć warstwy wizualnej i gigantycznej scenografii stworzonej na potrzeby ekspozycji. Jest to widok zgoła katastroficzny, koszmar ekologa i estety, w którym wszystko ginie w ogromnych hałdach starych opon, pokruszonego styropianu, sklejki i, oczywiście, szarej taśmy łączącej wszystkie te elementy. Na każdym kroku widz spotyka hasła i cytaty wypisane ręcznie wszędzie i na wszystkim gdzie się da – transparentach, ścianach, kartonach. To komentarze do wachlarza politycznych, społecznych i kulturowych problemów naszych czasów. Od ironicznego „Vive Hollande” nabazgranego długopisem na styropianie, a następnie niedbale zamazanego, po filozoficzne dywagacje na temat momentu krytycznego, w którym rodzi się pragnienie zmiany.
W tej scenografii rodem z wysypiska, gdzie można odnieść wrażenie, że wszystko jest tylko atrapą, prowizoryczną konstrukcją na chwilę przed ostatecznym rozpadem, znalazło się miejsce na coś więcej niż wspomniane dwie agory z „wiecznym płomieniem”. Znajdują się tam biblioteka, wideoteka, przestrzeń multimedialna z dostępem do Internetu, warsztat, w którym powstaje dziennik, a nawet bar. Słowem, jest to paradoksalny para-apokaliptyczny mikrokosmos, który zainstalował się w Palais de Tokyo z niemałą ambicją ponownego „podpalenia” makrokosmosu znajdującego się na zewnątrz, tego, w którym żyjemy na co dzień. Pytanie, czy naprawdę jest to możliwe.

Idea projektu Hirschhorna jest celna, choć nie nowa. Nie jest ani pierwszym ani zapewne ostatnim artystą, który przedmiotem swojej sztuki decyduje się uczynić dialog realizowany w skali 1:1 – tête-à-tête. Jednak, czy artysta z grupą przyjaciół-intelektualistów jest w stanie „zmienić/ naprawić świat” w 52 dni? Odpowiedź wydaje się z góry przesądzona. Mimo niewątpliwej wartości społeczno-intelektualnej tego typu inicjatyw, pozostają one ciągle w sferze artystycznych utopii i marzeń o lepszej rzeczywistości – rzeczywistości dialogu i porozumienia. W praktyce natomiast, to, czego przyszło mi być świadkiem podczas całkiem długiego pobytu na wystawie, to dwójka bliżej nieznanych pisarzy opowiadających lekko znudzonym, zmęczonym głosem mało adekwatne do tematu anegdoty. Wokół kilkoro zwiedzających, z czego zaledwie parę osób zdawało się naprawdę słuchać, podczas gdy pozostali sprawiali wrażenie turystów korzystających z darmowej kanapy w przerwie całodniowego sprintu po muzeach i zabytkach. Pośrodku tej sceny smutno pałający, sztuczny płomień, który nieodparcie zdawał się sugerować, że świata prawdziwych idei i prawdziwej debaty trzeba szukać jednak gdzie indziej.
Być może to grube instytucjonalne mury, jakby nie było bardzo urynkowionego obecnie Palais de Tokyo, przytłoczyły ducha wolnego dialogu i stłamsiły zapał uczestników zamieniając przestrzeń rozmowy w przestrzeń mało porywającego spektaklu, monologu deklamowanego półgłosem.
Nasuwa się zatem pytanie: czy aby zmierzyć się z rzeczywistością i stanąć na agorze, nie należy jednak wyjść poza ramy instytucji, opuścić bezpieczną i dobrze znaną jaskinię? Jak na razie projekt Hirschhorna sypie iskry, lecz ciągle daleko mu do wywołania prawdziwego pożaru.
Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.