Kultura
Nowy numer
Strona główna
Świat
Bogdan Zdrojewski: Jak kultura może wzmacniać pozycję Polski w wymiarze państwowym i międzynarodowym?
16 lipca 2026
3 września 2014
MOOC (massive open online courses) zyskują na popularności w Stanach Zjednoczonych i Europie, coraz śmielej wprowadza się je też w Polsce. Czy nauka za pomocą kursów online to przyszłość akademii, czy raczej symptom jej kryzysu?
Amerykańskie uniwersytety mierzą się obecnie z co najmniej trzema problemami. Przede wszystkim nieustannie wzrastają koszty funkcjonowania uczelni, związane z finansowaniem pensji wykładowcom, inwestycjom w nowoczesne technologie oraz działaniem administracji. Niektórzy analitycy przewidują wręcz masowe bankructwa uniwersytetów, mające nastąpić w ciągu dwóch dekad. Po drugie, technologia zdemokartyzowała dostęp do wiedzy wcześniej zastrzeżonej raczej dla elity – obecnie każdy, kto posiada laptopa czy smartfona może do niej sięgnąć. Wreszcie, uniwersytety zaczynają być odpowiedzialne także za kwalifikacje pracowników, którzy zmieniają je w ciągu swojej kariery. Zainteresowanie studiami wyższymi ciągle będzie więc wzrastać.
Fakt, że w Stanach uniwersytety zrzuciły opłaty na studentów, wiąże się z koniecznością oszacowania opłacalności podejmowania studiów. Do tej pory koszty związane ze zdobyciem tytułu z nawiązką zwracały się w ramach lepiej płatnych prac. Tymczasem mija sporo czasu, zanim taką pracę student wreszcie otrzyma. Także czesne systematycznie wzrasta – amerykańskie uniwersytety niedługo będą utrzymywać się raczej z opłat studentów niż z publicznych dotacji. Przy tym nie zmniejsza się zapotrzebowanie na wyższe studia – podejmują je coraz częściej osoby w wieku 35 i więcej lat, chcące pozostać w awangardzie pracowników.
W tym kontekście formuła MOOCów może zostać potraktowana zarówno jako forma wsparcia, jak i zagrożenia dla uniwersyteckiego kształcenia. Wprowadzenie kursów nie jest drogie, a one same zmniejszą koszty nauczania oraz poszerzają do niego dostęp. Clayton Christensen z Harvard Business School twierdzi, że MOOCi doprowadzą do zniknięcia wielu „nieefektywnych” uniwersytetów już w przeciągu piętnastu lat. Z drugiej strony, większość uczelni traktuje kursy internetowe jako dodatek do uniwersyteckich zajęć, a nie jako formę zastępstwa rzeczywistego kontaktu z wykładowcą. Wiele prestiżowych uczelni odmówiło korzystania z nowych rozwiązań, w tym Oxford i Cambridge. Do tego kształcenie uniwersyteckie kreuje kapitał społeczny – studenci uczą się debatować, prezentować siebie oraz tworzą sieć kontaktów.

Na uniwersytetach optujących za MOOCami pojawiają się koncepcje łączące obie formy studiowania. Prowadzący harvardzki MOOC, edX, proponują alternatywę dla czteroletniego standardowego uniwersyteckiego kursu – rozwiązanie zawiera początkowy rok objęty internetowym kursem, dwa lata tradycyjnego studiowania oraz końcowy rok z kursem on-line i wdrażaniem absolwentów na rynek pracy. Taka propozycja wydaje się atrakcyjna dla chcących połączyć naukę z pracą lub wychowywaniem dzieci, uwalniając ich od konieczności skorelowania ich zajęć z kalendarzem akademickim.
Część uniwersytetów już teraz uzupełnia sylabusy zajęciami prowadzonymi przez internet. Brazylijski Uniwersytet Unopar proponuje tanie kursy korzystające z materiałów zamieszczonych w internecie oraz cotygodniowe seminaria transmitowane przez satelitę. Amerykański Uniwersytet Minerva stworzył internetowy kurs dla studentów mieszkających poza Stanami Zjednoczonymi, który kosztuje sześciokrotnie mniej niż konkurencyjne studia na innych uniwersytetach. Propozycją harvardzkiego edXu są wakacyjne kursy internetowe, które miałyby na celu uzupełnienie przegapionych zajęć. Nowoczesne formy prowadzenia zajęć sprawdzają się również w przypadku uniwersytetów spoza Ivy League, które są wrażliwe na wzrastające koszty edukacji. Ratunkiem dla nich byłoby proporcjonalne wprowadzenie tańszych kursów internetowych.
Studia przez internet mają swoje oczywiste wady. Twórca jednego z trzech najbardziej znanych MOOCów, Udacity z Uniwersytetu Stanfordzkiego, zapytany o słabe wyniki internetowych kursantów z egzaminu z matematyki (zdało ich 18%, w porównaniu do 30% tradycyjnych studentów), wskazuje, że studenci on-line potrzebują zajęć bardziej spersonalizowanych. Inną kwestią jest fakt, że ledwie 10% zgłaszających się na MOOC kończy kurs. Małe koszty powodują, że wiele ludzi zapisuje się na kurs bez intencji skończenia go. Kolejnym problemem jest możliwość oszustwa polegającego na wypełnianiu internetowego kursu przez niewłaściwą osobę. Wreszcie, sami wykładowcy obawiają się, że tańsze kursy internetowe pozbawią ich pracy.
Chociaż kursy on-line są zdecydowanie tańsze od tradycyjnych, to nie trafią one do ambitnych studentów, jeśli interakcja ze współuczestnikami i prowadzącym będzie gorsza niż w rzeczywistości. Pomogłoby tutaj podniesienie poziomu współpracy z dobrymi wykładowcami, którzy sami przygotowywaliby zdigitalizowane kursy. Oczywiście, koszty MOOCa wówczas by wzrosły, ale mogłyby zostać one proporcjonalnie rozłożone w stosunku do stopnia zaawansowania danego kursu.
Nie tylko amerykańskie, ale i europejskie uniwersytety nie są szczególnie chętne do wprowadzania internetowych kursów. Traktat Lizboński wiąże kraje, które go podpisały, w zakresie uznawania punktów ECTS przyznawanych za zajęcia na innych uniwersytetach. Oznacza to także akceptowanie kursów internetowych, których póki co nie ma zbyt wiele. Dyrektor zarządzający niemieckim internetowym uniwersytetem, Iversity’m, twierdzi, że łatwy dostęp do kursów on-line i korzystanie z nich na dużą skalę spowoduje, że studenci będą domagać się ich wprowadzania na uniwersytatch-matkach.
Polskie publiczne uniwersytety nie wdrażają MOOCów – to raczej prywatne uczelnie idą zachodnimi trendami. 2012 rok był dla MOOCów rokiem przełomowym – powstały wówczas edX, Udacity oraz Coursera, która uzyskała 200 milionów kursantów na całym świecie. Warszawska Wyższa Szkoła Informatyki otworzyła wówczas pierwszy polski MOOC, tyle że skierowany do uczniów szkół ponadgimnazjalnych. Sukces tego przedsięwzięcia sprawił, że Akademia Leona Koźmińskiego oraz WWSI utworzyły w 2013 roku Uniwersytet Wirtualny, pierwszy polski portal otwartych kursów akademickich. Zaoferowano 8 kursów, w których uczestniczyły 1474 osoby z całej Polski, a certyfikat po końcowym egzaminie uzyskało 170 studentów.
Publiczne uniwersytety decydują się jednak wyłącznie na działanie na platformie Moodle, która mogłaby stać się bazą dla MOOCów. Kursy na Moodle’u są udostępniane małej liczbie uczestników (inaczej niż MOOCi), którzy zwykle są studentami uczelni macierzystej. Uniwersytety niechętnie udostępniają swoje internetowe zajęcia osobom z zewnątrz. Wynika to po części z faktu, że aby wykładowca mógł otrzymać wynagrodzenie za prowadzony kurs internetowy, musi on być skierowany do co najmniej kilku studentów jego uczelni. Najczęściej jest również tak, że do ukończenia kursu on-line wymagane jest uczestnictwo w uzupełniających spotkaniach na żywo. Problem masowego podejmowania studiów w pewnym stopniu polskich uczelni nie dotyczy ze względu na nadchodzący niż demograficzny. Wydaje się więc, że trzeba mieć trochę szczęścia, by nie będąc studentem na przykład Uniwersytetu Warszawskiego, zapisać się na oferowany przez niego kurs internetowy zakończony certyfikatem.
Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.