Europa
Polityka
Społeczeństwo
Strona główna
Koniec Polski emigracyjnej. Czas Polski imigracyjnej
13 czerwca 2026
14 lipca 2015
W ostatnim czasie obserwujemy powiew optymizmu wśród publiczności polskiej sceny politycznej. Sukces Pawła Kukiza, powstanie dwóch nowych inicjatyw politycznych: Partii Razem oraz NowoczesnejPL, a przede wszystkim wybór Andrzeja Dudy na prezydenta sprawiły, że nawet środowiska inteligenckie poczuły, że wiatr zmian znów wieje. Niestety niewiele wskazuje na to, że dojdzie do zmiany na lepsze.
Nadzieję na to, że Andrzej Duda przyniesie nową jakość polskiej polityce, rozumiem i podzielam. Trudno zresztą jej nie mieć. Obserwując choćby pobieżnie życie polityczne w naszym kraju, wyraźnie widzimy, że jest źle. Czasem wydaje się, że gorzej być już nie może. Z takich odczuć rodzi się nadzieja. W końcu na przestrzeni ostatniego miesiąca stało się coś wielkiego: po dziesięciu latach załamał się duopol wiodących partii.
Niestety nadzieja jest domeną świata emocjonalnego. Rzadko kiedy opiera się na racjonalnych przesłankach i lubi sobie pofantazjować. Bardzo blisko jej do drugiego pojęcia z świata emocji: naiwności – nadziei bez racjonalnych przesłanek. Obawiam się, że projekcji takiej właśnie nadziei wszyscy doświadczamy.
Skąd nasza nadzieja?
Nasza nadzieja jest efektem przynależności do jednej generacji: pokolenia sierot po koalicji PO-PiS. Ludzi, których tożsamość kreowała się na określonym politycznym doświadczeniu – najpierw na obserwacji odrzucenia gorszących rządów skompromitowanego SLD, potem na krótkotrwałej nadziei na inną jakość w polskiej polityce poprzez zgodne rządy dwóch dominujących partii politycznych. Następnie na gwałtownej śmierci tego projektu, dwóch latach odrzucającej polityki koalicji PiS-Samoobrona-LPR i ośmiu latach postpolityki opartej na duopolu, który został ostatecznie zabetonowany przez katastrofę smoleńską.
I tak doszliśmy do dnia, w którym moje pokolenie, całkowicie zniechęcone polityką, spogląda w stronę Andrzeja Dudy i myśli sobie: „może jednak coś się zmieni”. Niestety, raczej się nie zmieni.
Andrzej Duda jest Kazimierzem Marcinkiewiczem naszych czasów i jeżeli zacznie obecny system rozmontowywać lub zrobi cokolwiek innego, zagrażającego pozycji głównego rozgrywającego na polskiej prawicy, to prawdopodobnie skończy jak Kazimierz Marcinkiewicz. Jedyna różnica pomiędzy nimi jest taka, że prezydenta nie można odwołać (ale można zmarginalizować). Zakładając zatem nawet najszczersze intencje obecnego wybrańca narodu, trzeba pamiętać, że jest tylko pojedynczym człowiekiem. A my oczekujemy od niego, że zmierzy się z całym systemem.
Duopol systemem
Gdybym miał wyciągnąć esencję z ostatniej dekady polskiej polityki, to opisałbym ją jako program publicystyczny w telewizji. W programie tym zmieniają się goście, ale nie zmieniają się zdania przez nich wypowiadane. Najpierw dwie konfrontacyjne narracje przedstawiane są przez dwóch polityków, potem przez dwóch publicystów, a na koniec przez dwóch przedstawicieli środowiska akademickiego. Tak wygląda fasada duopolu.
Fundamentem są zaś: system medialny, system finansowania partii politycznych (ten ujawniony i ten nieujawniony) oraz system zamówień partyjnych. Polityk utrzymuje się z pensji posła, jego rodzina jest zatrudniona w samorządzie, jeżeli ma szczęście to szwagra albo syna udało się wcisnąć do jakiejś Rady Nadzorczej. Publicysta ma pracę w gazecie, w której reklamuje się ten czy inny parabank powiązany z tą czy inną opcją partyjną. Przedstawiciel środowiska akademickiego wykonuje zaś dla tej czy innej partii zlecenia na badania i ekspertyzy. Każdy z nich ma kredyt, dzieci, zobowiązania. Każdy z tych aktorów czerpie wymierne korzyści z istnienia tego systemu i, co najważniejsze, odniesie wymierne straty, jeżeli system się skończy. Potem każdy z nich reprodukuje linię partyjną w mediach, której oglądalność jest napędzana przez duopolistyczny spór o nic.
Śmierć debaty publicznej
Pierwszą ofiarą zmiany systemu, w którym funkcjonuje polska polityka, była debata publiczna. Obecnie politykę definiuje „spór o nic”. Żyjemy w świecie neoplemiennym: albo jesteś z nami, albo przeciw nam.
Oczywistym jest, że jeżeli dominuje „spór o nic”, to nie ma w nim miejsca na „coś”, czyli na treść. Nikt nie wie, czym różni się PO od PiS-u, oprócz tego, że PO nie jest PiS-em i na odwrót. Jedynym programem PiS-u jest odsunięcie Platformy od władzy. Jedynym programem PO jest nie dopuścić do władzy Kaczyńskiego i Macierewicza.
Brak treści to również brak ideologii. Śmierć debaty zaowocowała brakiem jakichkolwiek kierunkowskazów co do orientacji głównych partii. Polityka stała się utrzymywaniem się przy władzy. Co w czasach postpolityki robi się, aby utrzymać się przy władzy? To, co konieczne. Reformy ograniczać do minimum, zaś władzę umacniać – obsadzać kluczowe stanowiska swoimi ludźmi.
Dlatego nie mam złudzeń, że gdyby rządził PiS, to doszłoby do reformy wieku emerytalnego i zamachu na OFE. Znamienne, że pierwszą rzeczą, jaką wykonał prezydent elekt, to wycofanie się z zapowiedzi cofnięcia reformy emerytalnej (swoją drogą chapeau bas za styl, w jakim to zrobił). Duopol w świecie polityki wygenerował podział na dwie, właściwie takie same partie. To partia władzy i partia wannabe władzy, które co jakiś czas zamieniają się miejscami.
Erozja, której poddana jest debata publiczna, sięga bardzo głęboko i posługuje się bardzo prymitywnymi metodami. Dotyka nas wszystkich. Wyklucza z debaty publicznej jednostki, które nie należą do żadnego z neoplemiennych obozów. Terroryzuje krytyczne myślenie etykietą: „Jeżeli się nie zgadzasz to znaczy, że jesteś lemingiem/wyznawcą katotalibanu (niepotrzebne skreślić). Szkoda na kogoś takiego czasu.” Taki sposób prowadzenia obecnej debaty publicznej jest obrazą intelektu, który karmi się dyskusją. Stąd w moim pokoleniu sprzeciw i pragnienie zmiany.
Jak przewalczyć spór o nic?
Niestety obawiam się, że właśnie z powodu tych oczekiwań źle czytamy zmianę, która obecnie zachodzi. Owszem widać, że mamy okres oporu wobec znienawidzonego „sporu o nic”. Nie mamy jednak do czynienia z jednorodnym trendem. Istnieją dwa sposoby walki.
Pierwszy prezentuje Parta Razem i NowoczesnaPL. W wielu miejscach widziałem link do zapisu programu „Tak Jest” w TVN24 z przedstawicielami tych dwóch inicjatyw oraz pełne zachwytów komentarze. To był właśnie świetny przykład tego, jak wygląda pierwsza taktyka – ta najbardziej oczywista. Polega na zastąpieniu „sporu o nic” czymś przeciwnym: „sporem o coś”. Polecam zobaczyć choćby fragment tego programu – goście stopują prowadzącego zadającego prowokacyjne pytanie i nawołują do rozmowy o sprawach istotnych: „dość sporów światopoglądowych, zajmijmy się istotnymi sprawami”. Do tej pory tak się w Polsce nie debatowało.
Jest też drugi sposób na walkę ze „sporem o nic”. Polega na generowaniu kolejnego „sporu o nic”, który będzie przeciwko obecnemu sporowi. Nie ma sensu niczego proponować. „Coś” może nas poróżnić – „nic” nie może. Podążanie ścieżką „sporu o nic” jest skuteczne – ostatnie lata tego dowiodły. Osią sporu jest bycie przeciw sporowi oraz jego aktorom. Znów redukujemy świat do neoplemiennego uniwersum i posługujemy się etykietami do odcinania się od dyskusji, która mogłaby tę wizję świata zburzyć. Taką drogą idzie Paweł Kukiz i jego inicjatywa. Jak widać: na razie jest to droga skuteczniejsza.
Sądzę, że chociaż wiatr zmian wieje, to raczej nie przyniesie nam tego, czego oczekujemy. Przed nami nie stoi koniec postpolityki, tylko postpolityka wyniesiona na zupełnie nowy poziom. Zasadnicza zmiana już się dokonała. Teraz wygląda na to, że będziemy ją tylko coraz bardziej pogłębiać.
Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.