Pytania o przyszłość

Na pytanie o przyszłość Europy nie umiem odpowiedzieć inaczej niż spoglądając najpierw w jej przeszłość, bo przecież Europa jest zjawiskiem historycznym, nieuchronnie zmiennym, a jej powojenna integracja jest tylko jednym z rozdziałów tej bardzo długiej historii – przypominamy artykuł profesora Jacka Kochanowicza, opublikowany w „Zdradzie Dziedzictwa”.  Profesor zmarł 3 października.Read more

6 października 2014

Na pytanie o przyszłość Europy nie umiem odpowiedzieć inaczej niż spoglądając najpierw w jej przeszłość, bo przecież Europa jest zjawiskiem historycznym, nieuchronnie zmiennym, a jej powojenna integracja jest tylko jednym z rozdziałów tej bardzo długiej historii – przypominamy artykuł profesora Jacka Kochanowicza, opublikowany w „Zdradzie Dziedzictwa”.  Profesor zmarł 3 października.

kochanowicz

 
 
Jacek Kochanowicz (1946-2014) – historyk gospodarczy, profesor na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego oraz na Wydziale Historii Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego w Budapeszcie. Autor książki „Backwardness and Modernization: Poland and Eastern Europe in the 16th-20th Centuries” (2006).

 
 
 
Podczas poszukiwań początków integracji Europy na myśl przychodzi oczywiście Imperium Rzymskie. Po upadku jego łacińskiej części Europa Zachodnia kształtowała się jako sieć księstw i królestw, jednoczona – duchowo i instytucjonalnie raczej niż politycznie – ideami i instytucjami zachodniego chrześcijaństwa, a na części obszarów także poprzez (słabe) instytucje Świętego Cesarstwa Narodu Niemieckiego. Komunikacyjnym medium był język łaciński, a głównymi agentami owej kulturowej i instytucjonalnej integracji – duchowieństwo i rycerskie elity.

Od XVI wieku nasilał się proces dezintegracji, związany z krystalizowaniem się „państw narodowych”, czy też terytorialnych. Pojęcie państwa weszło do obiegu w czasach renesansu (Machiavelli!), języki narodowe zastąpiły łacinę, cywilny korpus urzędników wyparł uczonych mnichów służących wcześniej radą książętom, pokój westfalski uznał zasadę suwerenności, a reformacja rozbiła jedność zachodniego chrześcijaństwa. Od rewolucji francuskiej, zastępującej stanową segmentację uniwersalnym obywatelstwem, pojęcie narodu zaczęto stopniowo rozciągać na wszystkich mieszkańców danego terytorium, a ponad stulecie od drugiej połowy XIX po schyłek XX wieku okazało się triumfem państwa narodowego, idei narodu i towarzyszących im ideologii nacjonalistycznych.

Państwo narodowe oferowało swoim obywatelom jednoznaczną tożsamość zbiorową i obiecywało poczucie bezpieczeństwa zarówno przed wrogiem zewnętrznym, jak i przed naruszającym porządek publiczny wewnątrz kraju. Wraz z wyłanianiem się welfare state oferowało też bezpieczeństwo socjalne. Poczucie narodowej solidarności stawało się podstawą demokracji tam, gdzie miała ona szanse rozwoju. W zamian za to państwo oczekiwało od obywateli dostosowania się do kulturowych i politycznych wzorców, przerabiając przy pomocy szkoły, propagandy, służby wojskowej i rytualnych uroczystości ukształtowanych przez lokalne wspólnoty ludzi we „Francuzów”, „Niemców” czy „Polaków”. Oczekiwało podporządkowania i lojalności, gdy zaszła potrzeba – także śmierci na polu walki. Nie było łaskawe dla etnicznych mniejszości, sprzyjało wykluczeniu tych, których uznawało za odbiegających od założonego standardu, o czym przekonywali się od końca XIX wieku europejscy Żydzi. Z trudem albo wcale nie radziło sobie z problemem konfliktów z innymi suwerennymi państwami. Wojny światowe były wyrazem klęski tej formacji cywilizacyjnej, a zarazem apogeum europejskiej dezintegracji. Dyplomacja i systemy sojuszy, narzędzia utrzymywania międzynarodowego porządku w XIX wieku nie były w stanie im zapobiec.

Więc może europejska federacja, której pomysły zgłaszano już w okresie międzywojennym i do której idei powrócono także po II wojnie światowej? Powojenna integracja poszła inną drogą, od Wspólnoty Węgla i Stali po dzisiejszą Unię Europejską. Jej apogeum to lata, gdy na czele Komisji Europejskiej stał Jacques Delors i gdy zawarto traktat w Maastricht. Od tego czasu Unia, mimo rozszerzania o nowe kraje i pogłębiania zakresu współpracy, przeżywa kryzys – kryzys może nie tyle realny, ile polegający na zwątpieniu w sens swojego istnienia, w zakres możliwości i kierunki dalszego rozwoju.

Powojenna integracja zachodniej Europy postępowała i święciła triumfy w szczególnych okolicznościach historycznych, do których należały żywa pamięć wojny, lecz także szybki wzrost gospodarczy oraz towarzyszące mu umacnianie państwa opiekuńczego. W czasach zimnej wojny jednoczyło Europę Zachodnią zagrożenie radzieckie, a chronił – militarnie i ideowo – amerykański parasol. Integracja obejmowała niewiele krajów o podobnym poziomie rozwoju cywilizacyjnego. Te okoliczności minęły bezpowrotnie, a integrująca się Europa stanęła wobec nowych problemów i wyzwań, po części będących produktem jej własnego rozwoju, a po części wynikających ze zmian o globalnym charakterze.

Do pierwszych należy dziś nie tylko jej rozmiar i różnorodność wchodzących w jej skład narodów, lecz także to, że Unia Europejska jest tworem bezprecedensowym i o nieprzejrzystej politycznej strukturze. Nie jest ani federacją, ani imperium, a proces podejmowania przez nią decyzji o politycznym i administracyjnym charakterze, tak jak zakres kompetencji jej instytucji w relacji do składających się na nią państw, jest skomplikowany i trudny do ogarnięcia dla kogoś, kto nie poświęca temu stałej uwagi. Nie sprzyja to – delikatnie mówiąc – legitymizacji tego tworu w oczach szerokiej publiczności i jest jednym (choć zapewnie nie najważniejszym) z czynników powodujących, że Europa nie jest w stanie wykształcić czegoś na kształt szerszej wspólnoty politycznej. Patrząc na to z innej strony, można powiedzieć, że integracja podmywa wcześniej ukształtowane zbiorowe tożsamości narodowe, nie oferując niemal nic w zamian. Trudno się dziwić, że odpowiedzią są idee, ruchy i partie nacjonalistyczne nawołujące do wystąpienia z Unii i zatrzymania napływu imigrantów.

Tekst pochodzi z Res Publica Nowa 216, "Zdrada dziedzictwa"
Tekst pochodzi z Res Publica Nowa 216, „Zdrada dziedzictwa”

Do wyzwań o charakterze globalnym należy przede wszystkim wyłonienie się, od lat sześćdziesiątych XX wieku, krajów nowo uprzemysłowionych, pośród których dominującą rolę grają dziś Chiny. Wraz z postępem technicznym wywołało to w Europie proces dezindustrializacji, a w konsekwencji głębokie zmiany struktur społecznych oraz pojawienie się bezrobocia, z którym prawie żaden kraj nie daje sobie rady. Skutek jest taki, że zagrożone jest poczucie stabilności klasy średniej, zaś gospodarka nie jest w stanie sprostać pobudzanym atrakcjami konsumeryzmu aspiracjom młodych ludzi. Wyzwaniem o globalnym charakterze są masowe ruchy migracyjne, w tym z obszarów odmiennych kulturowo i religijnie, z którymi Europa, wystraszona brakiem pracy i kulturową różnorodnością, nie potrafi sobie poradzić i które wywołują populistyczne reakcje, często o gwałtownym charakterze.

Do owych globalnych wyzwań należy też problem konkurencyjności. Europa się starzeje i jest rozpieszczona latami wysokiego poziomu życia i rozbudowanego zabezpieczenia społecznego. Ani nie jest w stanie, ani nie chce konkurować z Azją poziomem płac. Zarazem, mimo wielkich zasobów kapitału ludzkiego, pod względem innowacji technologicznych pozostaje w tyle za USA. Podobnie gdy chodzi o przedsiębiorczość – mniejsza jest tu wśród młodych ludzi chęć wiązania przyszłości z własnym biznesem. Można się więc spodziewać stopniowej marginalizacji Europy w ramach gospodarki światowej, co może dodatkowo frustrować mieszkańców kontynentu, który przez czterysta lat dominował w świecie.

Co z tego wyniknie w poddającej się sensownym przewidywaniom skali czasu kilku dekad – nie sposób powiedzieć. Nasza wiedza jest względnie solidna w zakresie tendencji demograficznych, do pewnego stopnia także gospodarczych, choć oczywiście są to tylko hipotetyczne i warunkowe scenariusze. Reakcje polityczne – potencjalna mobilizacja społeczna, w tym skala jej radykalizmu, reakcje polityków na populistyczną presję, rozwiązania proponowane przez kontestatorów i obrońców istniejącego stanu rzeczy, skutki podejmowanych decyzji są nieprzewidywalne. Z tym zastrzeżeniem, wydaje mi się, że – o ile nie nastąpi jakiś głęboki kryzys wywołujący desperackie reakcje polityczne – Unia Europejska w kształcie zbliżonym do dzisiejszego przetrwa te następne kilka dekad. Koszty jej demontażu byłyby ogromne, a dezintegracja europejskiego rynku (jak pokazuje międzywojenne doświadczenie) zubożyłaby wszystkich. Zarazem utrzymanie Unii leży w interesie nie tylko europejskiej biurokracji, lecz także klasy menedżerów, w interesie międzynarodowych ekspertów i kosmopolitycznych akademików, także przedsiębiorców, którym zapewnia dostęp do wielkiego rynku, wreszcie pracowników (zwłaszcza z biedniejszych krajów) oraz – last but not least – mas konsumentów towarów i usług.

Dajemy do myślenia

Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.