O pewnej społeczności pogranicza polsko-niemieckiego, która wciąż wierzy w europejski cud

Dwumiasto po obu stronach granicy ignoruje nowe kontrole imigracyjne i skrajnie prawicowe patrole obywatelskie

4 października 2025

Premier Donald Tusk wprowadził kontrole na granicy polsko-niemieckiej w lipcu, próbując uprzedzić działania skrajnej prawicy. Trzy miesiące później ugrupowania te nadal podsycają antyimigracyjne nastroje i zapowiadają kolejne protesty. W międzyczasie Warszawa przedłużyła obowiązywanie kontroli do kwietnia.

Podczas tygodnia spędzonego na polsko-niemieckim pograniczu przekonałem się jednak, że wiele osób chce ze sobą współpracować – i że w debacie o migracji brakuje właśnie takiej polityki, co ostatecznie wpływa na walkę o zachowanie europejskiego ducha wspólnoty. 

*** 

Korek wije się jeszcze przed mostem. Samochody trąbią, sfrustrowani kierowcy ciężarówek wychylają się przez okna. Opóźnienie powoduje grupa uzbrojonych strażników granicznych na drugim końcu mostu, otoczonych radiowozami, ubranych w pełne kamuflaże, kamizelki odblaskowe i czerwone berety. Uważnie obserwują sytuację, zaglądają do wnętrza pojazdów i intensywnie wypytują kierowców.

Są to nowe kontrole po polskiej stronie granicy polsko-niemieckiej,  wprowadzone w lipcu w odpowiedzi na obawy wewnętrzne dotyczące kontroli wprowadzonych po raz pierwszy po stronie niemieckiej w październiku 2023 roku. Wtedy to Niemcy coraz częściej decydowały się na odsyłanie migrantów z niezalegalizowanym pobytem do Polski. W odpowiedzi na presję ze strony skrajnej prawicy, która podsyca niepokoje społeczne, Donald Tusk próbuje przejmować jej postulaty, licząc na ograniczenie jej wpływu i dynamiki politycznej.

Na miejsce docieram w poniedziałek, 7 lipca 2025 roku, w dniu, w którym po raz pierwszy wprowadzono kontrole. Most, o którym mowa, łączy miasto Frankfurt nad Odrą z miastem Słubice po drugiej stronie rzeki, która dziś wyznacza granicę między Polską i Niemcami.

Flagom Unii Europejskiej, które zdobiły most przez 20 lat, towarzyszą teraz plakaty z napisem „STOP IMIGRACJI!” po polsku i angielsku. Most, który niegdyś był postrzegany jako symbol nadziei i powojennej jedności Europy między dawnymi wrogami, stał się symbolem zamykania granic i odgradzania się państw.

Oba miasta są stosunkowo małe, a pokonanie 80-kilometrowej podróży z Berlina na wschód wymagało przejazdu trzema pociągami i autobusem. Tak zwane miasto partnerskie ma jednak ogromne znaczenie, to tu przebiega kluczowy szlak tranzytowy między Polską a Niemcami. Dwumiasto od lat pozostaje także symbolem europejskiej historii, gdzie współpraca mogła się rozwijać ponad granicami. Obecnie zmaga się również z politycznymi konfliktami na tle imigracyjnym, które na różne sposoby manifestują się w różnych częściach świata.

Członek Ruchu Obrony Granic (ROG) stoi za plakatami z napisem „STOP IMIGRACJI!” i bacznie obserwuje strażników granicznych. Prawicowy ROG organizuje patrole obywatelskie w celu blokowania domniemanego niezalegalizowanego wjazdu z Niemiec do Polski.

Członek ROG nie pełni żadnej oficjalnej funkcji. Ma na sobie kamizelkę odblaskową nałożoną na koszulkę AC-DC, spodenki i klapki Adidas. Mimo to chwali nowe kontrole, narzekając jedynie, że nie zostały wprowadzone trzy lata temu, kiedy Niemcy po raz pierwszy wprowadziły swoje.

Robert Bąkiewicz, działacz skrajnie prawicowy i założyciel ROG, powie mi później, że chronią Polaków przed niemiecką „polityką ekspansji” na Polskę.

Marzena Słodownik, burmistrz Słubic, przedstawia mi się jako przywódczyni „miasta w sercu Europy”. Z rozrzewnieniem wspomina babcię, która w młodości pracując po niemieckiej stronie, przynosiła do domu takie nowości jak pomarańcze i banany.

Słodownik wspomina również, jak uwaga międzynarodowej opinii publicznej skupiła się na moście 1 maja 2004 roku, kiedy miasto partnerskie świętowało wejście Polski do Unii Europejskiej. Ówczesny minister spraw zagranicznych Polski Włodzimierz Cimoszewicz oświadczył z radością: „Nie wierzę, że to się dzieje”. 

„Nie wierzę, że to się dzieje” – mówi Słodownik. „Nie wyobrażam sobie powrotu do czasów, gdy istniały kontrole graniczne, jeśli strefa Schengen przestanie istnieć”.

Współpraca zamiast podziałów

Kiedy po raz pierwszy przekraczam granicę z niemieckiej strony do Słubic, od razu zauważam szyldy salonów fryzjerskich i sklepów tytoniowych. Wzdłuż brzegu rzeki wiszą neony reklamujące liczne sklepy, stłoczone na ulicy i pod nią. Większość z nich jest zawalona paczkami papierosów, na których ceny są wyraźnie oznaczone w złotych i w euro. 

Mieszkańcy Frankfurtu od dawna wyruszali do Słubic w poszukiwaniu niższych cen, napędzając rozwój mniejszego, biedniejszego polskiego miasta. Taki wzajemny rozwój był nieodłącznym elementem europejskiej historii, sytuacja uległa jednak zmianie, kiedy wprowadzono losowe kontrole po stronie niemieckiej. Jeden ze sklepikarzy mówi mi, że „ruch uliczny jest fatalny”, inny, że „handel jest mniejszy”, a jeszcze inny, że „Niemcy boją się tu teraz przyjeżdżać. Cóż, to tragedia”.

Firmy obawiają się teraz, że bardziej szczegółowe kontrole graniczne po stronie polskiej jeszcze mocniej ograniczą wzrost. Członkowie ROG patrolują most, twierdząc, że bronią polskiego terytorium, jednak wyglądają raczej jak samozwańcza straż graniczna, podczas gdy lokalne społeczności ponoszą tego konsekwencje.

Za sklepem tytoniowym, schowana na górze, znajduje się Kwiaciarnia Lilia. Jej wnętrze jest po brzegi wypełnione kolorowymi bukietami, ale sama Lilia Syrek-Jermakowicz sprawia wrażenie przygnębionej. „Klienci wiedzą, że są korki, więc nikt nie chce tu przychodzić” – mówi mi, dodając, że jest „w 100% pewna”, że handel spadł co najmniej o połowę z powodu kontroli. „Rozważam zamknięcie kwiaciarni” – przyznaje – „po 40 latach działalności”. 

Lilia Syrek-Jermakowicz, właścicielka kwiaciarni

Podobną atmosferę czuć na słubickim Polenmarkt. Ten rozległy bazar po drugiej stronie miasta składa się z rzędów straganów, na których sprzedaje się wszystko ー od świeżych serów i szynek, po gry i ubrania dla dzieci. To kalejdoskop kolorów i zapachów, jednak puste stoiska tu i ówdzie ujawniają pogarszającą się sytuację.

„30 lat temu, kiedy zaczęły się otwierać targi przygraniczne, mogłam tu zarobić więcej niż w normalnej pracy” – opowiada Marzenna Januszkiewicz, krawcowa z Polenmarkt. Witając mnie, podnosi z uśmiechem wzrok znad swojej wysłużonej maszyny do szycia, otoczona jedwabnymi szlafrokami i sukienkami powieszonymi u dachu jej straganu. „Ale od dwóch lat sytuacja jest kiepska z powodu kolejek, korków. Nie ma to nic wspólnego z cenami, bo te nie zmieniły się od 10 lat”.

Marzenna Januszkiewicz, krawcowa

Agnieszka Zdziabek-Bollmann i jej mąż przeprowadzili się do Frankfurtu w 2000 roku, szukając miejsca, w którym jako polsko-niemiecka para mogliby czuć się jak w domu. Obecnie Agnieszka prowadzi polsko-niemiecką firmę doradczą i z radością opowiada, że ​​udało im się stworzyć „małą ekosferę, będącą częścią wspólnej Europy i wspólnej przestrzeni miejskiej”. Zdziabek-Bollmann zna oba języki i ma klientów po obu stronach granicy.

Mimo to, jak mówi, „największą satysfakcję dawało [jej] samo przejście przez most – przejście na drugą stronę, kupienie polskiego chleba bez stania w kolejce, powrót bez konieczności tłumaczenia się”. Mówi mi, że „kontrole wprowadzone w poniedziałek sprawiają, że 20 lat po [przystąpieniu Polski do UE] napotykam te same przeszkody, co wcześniej”.

Zdziabek-Bollmann założyła swoją firmę doradczą, gdy więcej Polaków zaczęło pracować w Niemczech. Zauważyła, że pierwsze działalności miały trudności ze zrozumieniem swoich niemieckich odpowiedników. Dziś, jak mówi, współpraca znów stanie się trudniejsza – i to nie tylko we Frankfurcie i Słubicach. Firmy motoryzacyjne, z którymi współpracuje, mają przykładowo cztery tysiące samochodów w obrocie każdego dnia i prawdopodobnie wszystkie utkną w korkach na autostradach wzdłuż granicy. Niedobory i opóźnienia odbijają się na przemyśle motoryzacyjny w obu krajach.

W rzeczywistości, według Słubicko-Frankfurckiego Centrum Kooperacji, którym kieruje Sören Bollmann, mąż Zdziabek-Bollmann, most między Słubicami a Frankfurtem każdego dnia przekracza prawie 30 000 osób. Około 50 000 osób przemieszcza się z większego województwa lubuskiego do Brandenburgii na wschodzie Niemiec. 

Agnieszka Zdziabek-Bollmann, polsko-niemiecka konsultantka ds. zarządzania

Kiedy przyjechałem, nie tylko rozpoczęły się nowe kontrole graniczne, ale odbywało się także Miejskie Święto Hanzy – coroczne święto miejsc takich jak Słubice i Frankfurt, które w średniowieczu należały do ​​Związku Hanzeatyckiego, zrzeszającego miasta kupieckie i handlowe. Miasta te wspierały się wzajemnie gospodarczo, podobnie jak dwumiasto robi to dzisiaj.

Pierwszym wydarzeniem jest maraton przez most, podczas którego nowe kontrole zostają tymczasowo wstrzymane. Setki mieszkańców z obu stron rzeki gromadzą się, aby dopingować przyjaciół i rodziny, młodych i starych, pomimo nasilającego się deszczu. Komentatorzy wykrzykują przez megafony po polsku i niemiecku, a widzowie mogą posilić się sycącym połączeniem niemieckiego piwa z polskim śledziem. 

Tomasz Pilarski, szef frankfurckiego zespołu ds. marketingu, turystyki i wydarzeń, mówi mi, że wielu działaniom celowo nadaje się „charakter transgraniczny”.

„Urodziłem się tutaj i jestem naprawdę zaangażowany w pomysł tworzenia wspólnego społeczeństwa przygranicznego” – kontynuuje Pilarski – „więc [nowe kontrole] osobiście mnie dotykają. Mam wrażenie, że jesteśmy karani za próby zbliżenia się do siebie”. Wskazuje na Miejskie Święto Hanzy i wszystkie firmy oraz dostawców, którzy teraz obawiają się, że nie uda im się dotrzeć tu na czas.

Claus Junghanns, burmistrz Frankfurtu nad Odrą

Mimo to Pilarski ma nadzieję, że Frankfurt i Słubice będą „coraz bardziej się do siebie zbliżać”. Mówi, że mieszkańcy są „dość nieugięci”, bo już wcześniej zmierzyli się z wyzwaniami takimi jak całkowite zamknięcie granic podczas pandemii, i „coraz bardziej doceniają transgraniczne aktywności”. „Kto by pomyślał 20 lat temu, że będziemy mogli cieszyć się festiwalem z udziałem polskich i niemieckich gwiazd?”

Kiedy ostatni biegacze przekraczają linię mety, a ja zaczynam oddalać się od tłumu widzów, natykam się na Clausa Junghannsa, burmistrza Frankfurtu, który zajada się bratwurstem. Ma dla mnie tylko chwilę – i udaje mu się podać kiełbaskę żonie, zanim zdążę zrobić zdjęcie – ale wskazuje na biegaczy i mówi z dumą: „Oto, czego potrafi dokonać Europa”.

„Niektórzy mieszkają po polskiej stronie i pracują po niemieckiej, albo odwrotnie. Dzieci uczą się również po obu stronach Odry. Mamy nawet wspólne cele kulturalne i sportowe – mówi mi burmistrz Marzena Słodownik. – Dlatego uważam, że [kontrole] są szkodliwe, bo zapanuje tu chaos.

Przyjechałem zobaczyć na własne oczy podziały na granicy polsko-niemieckiej, wywołane nowymi kontrolami i porozmawiać o patrolach miejskich. Zamiast tego zastałem tu dwa miasta, które naprawdę ciągnie do współpracy.

„Prawdziwy cud” europejskiej opowieści

Kiedy Agnieszka Zdziabek-Bollmann po raz pierwszy przybyła do Frankfurtu na przełomie wieków, prawie nikt nie mówił w obu językach. Podkreśla, że ​​tylko dzięki ciężkiej pracy i wizji kilku pionierów rozwinęła się tak szeroka współpraca – na granicy, którą Niemcy kiedyś postrzegali jako „kraniec Europy”.

Jednym z tych pionierów był dr Krzysztof Wojciechowski. Na spotkanie zaprasza mnie do swojego frankfurckiego domu, pełnego książek, obrazów i antyków z całego świata. Kiedy mówi, odchyla się do tyłu i z zamkniętymi oczami przytacza historie jedna za drugą.

„Kiedy miałem cztery lata, moi koledzy w przedszkolu pytali: 'Kim chcesz zostać? Strażakiem, policjantem, murarzem, lekarzem?’. Mówiłem, że podróżnikiem. Zawsze mnie to fascynowało – poznawanie innych ludzi, innego świata” – mówi. 

Dr Krzysztof Wojciechowski, były dyrektor Collegium Polonicum

Wojciechowski wspomina podróż autostopem po NRD w 1972 roku, kiedy miał 15 lat. Po raz pierwszy od II wojny światowej wprowadzono ruch bezwizowy między Polską a jej zachodnim sąsiadem. W ciągu następnej dekady ponad milion młodych osób z obu stron granicy spędzało tam wakacje.

Później, jako student, podróżował autostopem między północną Grecją a Jugosławią i spotkał Niemca podróżującego słynnym Citroenem 2CV „Kaczka”. Samochód zepsuł się w środku nocy, opowiada, ale jego nowy przyjaciel natychmiast zdjął pasek, przewiązał nim silnik i jechał dalej.

Wojciechowski ocenia, że kolejne lata  w  stosunkach polsko-niemieckich były „schizofreniczne”. Pomimo sielankowego początku lat 70, napięcia stale rosły i osiągnęły punkt kulminacyjny, gdy około 1980 roku w Polsce została powołana do życia „Solidarność”.

Granica została ponownie otwarta dopiero w 1989 roku wraz z upadkiem Muru Berlińskiego, ale nieufność po obu stronach pozostała. Wojciechowski wspomina, że  niemieccy celnicy przecinali piłki tenisowe i wyciskali z tubek pastę do zębów, aby upewnić się, że Polacy nie przemycali towarów przez granicę.

Jednak w Polsce rozpoczęła się już brutalna transformacja i narodził się silny pęd ku europeizacji. Niemcy również chciały być ambasadorem Polski w procesie akcesji, aby „zrównoważyć historyczne krzywdy wyrządzone Polakom” – mówi Wojciechowski. „W ciągu następnych trzydziestu lat, dokonał się prawdziwy cud”. 

„Marzyliśmy o przekroczeniu granicy między Polakami a Niemcami, zarówno tej fizycznej, jak i psychicznej” – mówi mi – „aby Polak nie uważał już każdego Niemca za mordercę i faszystę, a Niemiec Polaka za łajdaka i złodzieja”.

Pojawił się pomysł utworzenia polskiej jednostki frankfurckiego Uniwersytetu Europejskiego Viadrina, zwanej Collegium Polonicum. Wojciechowski został wieloletnim dyrektorem, a „piękny, nowoczesny uniwersytet” został ostatecznie otwarty w Słubicach, niecałe 100 metrów od granicy, w 1998 roku. Był to fizyczny rezultat czasów, gdy „ludzie zaczęli po raz pierwszy mówić pozytywnie o drugiej stronie” – mówi Wojciechowski.

Dr Norbert Cyrus, czołowy antropolog i badacz programu B/ORDERS IN MOTION na Uniwersytecie Viadrina, twierdzi, że to, co zwykle nazywa się granicą polsko-niemiecką, w rzeczywistości obejmowało kilka różnych bytów „rozpływających się i odradzających” z biegiem czasu. W tym momencie granica została jednak ustanowiona w pełnym tego słowa znaczeniu jako „granica, która jest kolektywnie wiążąca”.

Tej transformacji sprzyjało wiele polsko-niemieckich projektów. Piotr Firfas był nastolatkiem, gdy nadarzyła się rzadka okazja dołączenia do jednej z pierwszych polsko-niemieckich szkół. „To był przełomowy moment w moim życiu” – mówi. Obecnie Firfas pracuje w Euroregionie, międzynarodowej organizacji, która koordynowała tamten projekt.

Euroregion nadal „tworzy tożsamość euroregionalną” wzdłuż całej granicy polsko-niemieckiej, mówi Firfas, łącząc polską i niemiecką administrację, oferując mieszkańcom możliwość nauki języka sąsiada, umożliwiając wymianę informacji i nie tylko.

Na swój sposób najbardziej wizjonerskim z pionierów był Michael Kurzwelly, niemiecki artysta wizualny, który w latach 90. rozpoczął swój projekt „Słubfurt”. Kurzwelly opowiada, że, mając doświadczenie posiadania dzieci z podwójnym obywatelstwem, chciał „trochę pobawić się kwestią tożsamości”, i znalazł w Słubicach i Frankfurcie idealne miejsce do tego celu.

Po zakończeniu II wojny światowej granice Polski przesunięto na zachód, wzdłuż Odry. Mieszkańcy dawnej wschodniej Polski (wtedy zaanektowanej przez Związek Radziecki) migrowali przez kraj do dawnych Niemiec wschodnich. Przed wojną jednak Słubice i Frankfurt były częścią jednego niemieckiego miasta o nazwie Dammvorstadt. Kurzwelly zastanawiał się, dlaczego nie mogą na powrót stać się jednym, tym razem polsko-niemieckim, miastem.

Z mieszaniną dumy i dziecięcej radości Kurzwelly pokazuje mi herb Słubfurtu, przedstawiający kurczaka siedzącego na jajku na niebieskim tle – nawiązujący do „fundamentalnego  pytania filozoficznego o to, co było pierwsze”. Z entuzjazmem rozwija mapę Słubfurtu, gdzie nazwy ulic zostały zastąpione polsko-niemieckimi neologizmami. Jak zdradza, rozmawiamy przy okrągłym stole „parlamentu” Słubfurtu, który zbiera się w każdą środę.

Kurzwelly dodaje, że Słubfurt stał się również domem dla setek uchodźców z Syrii, Afganistanu, Sudanu i kilku innych państw, którzy mogą swobodnie spotykać się w wynajmowanej przez niego hali sportowej. „Dopóki wierzysz, że jesteś w Słubfurcie, możesz tu mieszkać”, mówi Kurzwelly, „bo Słubfurt, tak jak państwa narodowe, zaczyna się od idei”.

Początkowo projekt Słubfurt spotykał się z krytyką, zarzucano mu, że jest kolejną niemiecką próbą „przejęcia Polski”. Jak jednak mówi Kurzwelly z uśmiechem, z czasem ludzie zaczęli rozumieć jego humor. Dziś – dodaje – „nasze regiony przygraniczne są awangardą Europy, bo ludzie czują się, jakby żyli na jednym wspólnym obszarze”.

Wszystko to, podsumowuje Wojciechowski, to „prawdziwy cud”. Z podziwem mówi o transformacji gospodarczej Słubic, które, jak mówi, kiedyś były „brudnym, brzydkim, małym miasteczkiem, pełnym podejrzanych typów”. Przywołuje również badanie z 2010 roku, które wykazało, że ponad 70% niemieckich rodziców zaakceptowałoby wtedy małżeństwo swojego dziecka z Polakiem. W 1991 roku odsetek ten wynosił zaledwie 5% – a wśród polskich rodziców 3%, gdy zadano im odwrotne pytanie.

Nie wszyscy nadają na tej samej fali

Po wprowadzeniu nowych kontroli na granicy polsko-niemieckiej premier Donald Tusk podkreślił, że prawicowe patrole obywatelskie utrudniają pracę straży granicznej. Z kolei popierany przez opozycję prezydent Karol Nawrocki podziękował ROG za wypełnianie „obywatelskiego obowiązku”.

„Jesteśmy normalnymi obywatelami” – mówi mi członek ROG – „ale mamy oko na władze, bo próbują nas wykiwać”. Stoi wyprostowany, kiedy do niego mówię, z rękami założonymi z tyłu, ale nie zdjął okularów przeciwsłonecznych, więc nie widzę jego oczu. „Nie mamy prawa się zbliżać ani przeszkadzać służbom. Ale [strażnicy graniczni] czują presję związaną z naszą obecnością”. Nie potrafię stwierdzić, czy odpowiedzi są szczere, czy wyuczone, ale na pewno ewidentne jest poczucie obowiązku.

Kontrole są „bardzo dobre” – kontynuuje. „Sprawdzają się, można je pochwalić”, ale „trzeba było je wprowadzić trzy lata temu, kiedy Niemcy wprowadzili pierwszą granicę. To my, obywatele, przyparliśmy [Tuska] do muru, a teraz dbamy o to, żeby Niemcy nie wypychali migrantów z powrotem do Polski” – mówi.

Choć Nawrocki nie jest członkiem żadnej partii politycznej, podczas wyścigu prezydenckiego wspierała go Prawo i Sprawiedliwość – odwieczni przeciwnicy Koalicji Obywatelskiej Tuska. Ten podział od dziesięcioleci przenika polską politykę i jest widoczny, gdy pytam mieszkańców Słubic o kontrole. Choć spotykają się one z silną krytyką, jest to region z silną, białą, populistyczną bazą wyborczą – a partie prawicowe i skrajnie prawicowe po obu stronach rzeki regularnie notują ponad 30% poparcia w sondażach wyborczych.

„Widzimy, co dzieje się we Francji, w Niemczech, w Hiszpanii, w Wielkiej Brytanii i nie chcemy tego” – mówi mi sprzedawca ze słubickiego bazaru, powtarzając opinie, które słyszałem podczas mojej wizyty. „Znam wielu czarnych. Wielu moich klientów to Kurdowie i to całkiem normalni ludzie” – kontynuuje – „ale mam córeczkę. Nie mogę ryzykować, że zostanie zaatakowana. Kiedy jesteś u mnie, moje zasady są moimi zasadami”.

Kiedy wspominam, że przyjechałem do Słubic z Wielkiej Brytanii, członek ROG mówi, że mi współczuje. „Mieliście piękny kraj, ale go straciliście” – wyjaśnia – „i właśnie tego chcemy uniknąć. Polska jest najbezpieczniejszym krajem w Europie”.

Dwóch członków ROG

Dr Krzysztof Wojciechowski wyjaśnia, że ​​„Europa zachorowała z powodu swojej dobroci, bo nie była w stanie przewidzieć wymiaru masowej migracji”. „Kiedy świat obiegła wieść, że tutaj można uzyskać świadczenia takie jak pieniądze, mieszkanie itd.” – kontynuuje – „zaczęliśmy przyciągać miliony i nie byliśmy na to gotowi”. W końcu musiały powstać ruchy antyimigracyjne.

Dotyczy to zwłaszcza Niemiec, najbogatszego państwa UE i historycznie tego, które oferowało najbardziej lukratywne świadczenia socjalne dla migrantów w Europie. W 2015 roku była kanclerz Angela Merkel zainicjowała „Willkommenskultur” wobec cudzoziemców, ale Niemcy niewiele zainwestowały w infrastrukturę potrzebną do radzenia sobie z takim napływem, dysponowały słabo wyposażonym systemem azylowym.

Odpowiedź nadeszła w październiku 2023 roku, kiedy były kanclerz Olaf Scholz wprowadził wyrywkowe kontrole na granicy polsko-niemieckiej. Presja wewnętrzna w Polsce rośnie od tamtej pory, a siły antyimigracyjne narzekają na odsyłanie migrantów z Niemiec. Między styczniem 2024 a lutym 2025 roku Niemcy zawróciły 11 000 migrantów, z czego około połowę stanowili Ukraińcy.

Jednak ruchy takie jak ROG znacznie wyolbrzymiają problem. Po pierwsze, liczba migrantów deportowanych do Polski spada. Średnia miesięczna liczba powrotów spadała na długo przed wprowadzeniem kontroli po stronie polskiej, z 981 w okresie od stycznia do maja 2024 roku do 724 od czerwca 2024 do lutego 2025 roku.

Po drugie, Polska jest tzw. krajem tranzytowym, więc nawet jeśli migranci zostaną zmuszeni do wyjechania do Polski, prawdopodobnie znajdą inną drogę powrotną do Niemiec. „Ostatecznym celem każdego migranta zawsze były Niemcy lub Szwecja” – mówi Marzenna Guz-Vetter, była dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.

Po trzecie, wielu z tych migrantów rozpoczęło już procedury azylowe w Polsce i ma prawo do ich kontynuacji. To jeden z powodów, dla których, według rzecznika polskiej Straży Granicznej, w ciągu pierwszych siedmiu dni obowiązywania nowych kontroli granicznych odnotowano tylko 24 przypadki „odmowy wjazdu” do Polski – na 67 000 osób i 28 500 pojazdów, które zostały odprawione.

Krótko mówiąc, Polska nie boryka się z poważnym problemem migracyjnym na swojej zachodniej granicy z Niemcami. Kwestia jest znacznie wyolbrzymiana przez prawicowych polityków i wskazuje raczej na głębszy problem społeczny.

„Dla mnie normalne jest spotykanie ludzi o innym kolorze skóry, mówiących różnymi językami” – wyjaśnia burmistrz Marzena Słodownik, podkreślając, że studiowała w Collegium Polonicum, gdzie uczęszczało wielu przedstawicieli społeczności międzynarodowej. „Historycznie rzecz biorąc, Polacy musieli także ewakuować się z kraju i podróżować za pracą, a potem inni nam pomagali” – dodaje – „ale dzisiaj być może nie rozumiemy tego aż tak dobrze”.

Obecni studenci Uniwersytetu Viadrina mówią mi, że czują się „wściekli” i „bezsilni”, ponieważ wielu ich rówieśników spoza Europy spotyka się teraz ze „skrajnie rasistowskim” profilowaniem na granicy. „Znają kontrole ze swoich państw” – mówi jeden ze studentów – „i bardzo się boją”.

Agnieszka Zdziabek-Bollmann podsumowuje: „W Polsce jest się w dużej mierze definiowanym przez aparycję, więc każdy, kto wygląda inaczej lub ma ciemniejszą karnację… cóż, od razu się go zauważa”. „Naprawdę szkoda mi tych ludzi” – mówi, ostrzegając, że „kiedy wszyscy ich odpychają i udają, że już ich nie widzą, zaczyna się pewna destabilizacja socjologiczna i emocjonalna”.

Bitwa narracji, a nie imigracji

Kończąc swoją opowieść pauzą dla efektu, dr Krzysztof Wojciechowski otwiera oczy. „Napięcia polityczne w Polsce rosną. Prawica zaczyna szaleć” – mówi mi – „ale jest to w dużej mierze kwestia słów”. Wbrew temu, co możemy przeczytać lub zobaczyć, Wojciechowski powtarza, że imigracja o nieuregulowanym statusie nie jest poważnym problemem dla Polski na granicy polsko-niemieckiej.

Bartosz Wieliński, politolog, zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”, twierdzi, że większość napięć politycznych na tle imigracyjnym w kraju wynika raczej z „bardzo złośliwej kampanii informacyjnej”, prowadzonej przez PiS i inne partie prawicowe, oskarżającej Niemców o zalewanie Polski migrantami.

„Są jak psy gończe, które dużo szczekają, ale nie gryzą” – mówi Wieliński o PiS. Nigdy nie wprowadzili takich kontroli na granicy polsko-niemieckiej, gdy byli u władzy, ale chętnie rozpowszechniali fałszywe informacje, które są „bardzo nacechowane emocjonalnie”. Łączą one prawdziwe obawy dotyczące imigracji z nastrojami antyniemieckimi, które istnieją od zarania nowoczesnego polskiego nacjonalizmu.

Pod koniec czerwca reporterzy TV Republika nakręcili film na moście między Frankfurtem a Słubicami, rzekomo pokazujący Niemców deportujących grupę obywateli Afganistanu na terytorium Polski. Warto zauważyć, że TV Republika bardzo wspiera PiS, która częściowo sfinansowała stację, gdy była u władzy.

Pomimo użycia podburzającej retoryki i zaangażowania członków patroli obywatelskich w celu rozwścieczenia polskiej straży granicznej, film pokazuje jedynie rutynowe kontrole. Niemniej jednak, historia została udostępniona przez inne media, takie jak polanddaily24. „Sam obserwowałem wiele takich reportaży… gdzie filmowano czarnych, aby pokazać, że istnieje bardzo poważny problem z imigracją” – mówi mi Piotr Firfas – „mimo że nikt tutaj nie podziela tego uczucia”.

Wojciechowski przytacza podobną histerię w niemieckiej prasie przed wprowadzeniem ruchu bezwizowego na początku lat 90. Śmieje się, wspominając noc, gdy prawicowa grupa wtargnęła do Frankfurtu i zaatakowała autobus przekraczający granicę, uderzając w boki kijami baseballowymi, wybijając szyby i raniąc jednego pasażera.

Wojciechowski śmieje się, bo autobus w rzeczywistości odjeżdżał z Niemiec do Polski i nie przewoził migrantów, a orkiestrę symfoniczną. „Uderzyli jakiegoś skrzypka w głowę!” – chichocze, wspominając o tym, jak bardzo błędnie ocenili sytuację prawicowi protestujący.

Mimo to zdjęcia obiegły cały świat – i jeszcze w 2011 roku znów zaczęły krążyć w internecie. W ten sposób kampanie informacyjne wpływają na opinię publiczną, mówi Wieliński, i tak Polska staje się „krajem monokulturowym, który jest coraz bardziej dumny z tego, że nie ma problemów z migrantami”. 

Ostatniego dnia mojej wizyty, na stacji benzynowej Shell, 100 metrów od granicy, wita mnie kulturalny, dobrze zbudowany, gładko ogolony mężczyzna z małą polską flagą przypiętą do t-shirta. To Robert Bąkiewicz, wpływowy, skrajnie prawicowy lider, który kieruje ROG i zyskał w kraju reputację politycznego awanturnika.

W ciągu godziny Bąkiewicz mistrzowsko splata światopogląd, w którym Niemcy prowadzą „politykę ekspansji” wobec Polski. „Wszystko robią tak, abyśmy pozostali młodszym bratem Niemiec” – podsumowuje, ostrzegając na przykład, że Niemcy wkrótce napiszą podręczniki, które będą uczyć Polaków o II wojnie światowej.

Jednocześnie Bąkiewicz powtarza, że ​​nie ma dowodów na nielegalną działalność prowadzoną przez niego lub ROG, obwiniając zamiast tego „goebbelsowskie zniekształcanie rzeczywistości przez lewicowo-liberalne media”. Od czasu naszej rozmowy poprzedni konserwatywny prezydent Andrzej Duda częściowo ułaskawił Bąkiewicza za „chuligański akt” wobec Babci Kasi, znanej działaczki na rzecz praw kobiet i osób LGBTQ+. Został on również oskarżony o werbalne znieważenie funkcjonariuszy na granicy, do czego się nie przyznał.

Bąkiewicz obwinia również lewicowo-liberalne „podwaliny ideologiczne” za „masową migrację, która zasadniczo zdewastowała Europę Zachodnią”. „Jasne jest, że Polacy z zasady są biali. Nie są czarni, nie są Azjatami. Jesteśmy biali”. „Postawcie czarnego przed dzieckiem nieznającym żadnej ideologii” – argumentuje – „a powiedzą, że ten człowiek jest inny niż my”.

Robert Bąkiewicz, lider ROG

Spodziewałem się takich narracji. „Politycy tacy jak Bąkiewicz prosperują, nagłaśniając problemy, łącząc wszystko z migracją, a nastroje antyniemieckie stały się ich ‘obsesją’” – mówi Wojciechowski.

Nie spodziewałem się jednak jego asystenta. Jest łysy, ale ma brodę i nosi skarpetki i sandały. Jednak to, co naprawdę przykuwa moją uwagę, to sposób, w jaki patrzy na Bąkiewicza. Ani razu nie odwraca wzroku, gdy mówi jego szef, a kiedy ten idzie odebrać jeden z wielu telefonów, lojalnie mówi, że Bąkiewicz „jest bardzo dobrym liderem”. „Można mu naprawdę ufać. Jestem w 100% pewien, że ma dobre intencje”. On również zaczyna mówić o „germanizacji” Słubic. 

W porównaniu z takimi jak Bąkiewicz, rząd Donalda Tuska „nie wie, jak komunikować się ze społeczeństwem” – mówi Wojciechowski. Analitycy krytykują obecną koalicję rządzącą za nie przekazywanie opinii publicznej swoich sukcesów. Rzecznika prasowego powołano dopiero w czerwcu tego roku, po druzgocącej porażce kandydata na prezydenta.

W obliczu zbliżających się wyborów w 2027 roku Tusk stara się nie popełnić tego samego błędu, a kontrole graniczne to dobry „instrument komunikacji”, wyjaśnia Norbert Cyrus, pozwalający rządowi powiedzieć: „okej, mamy na to rozwiązanie”.

Wieliński twierdzi, że strategią Tuska jest zawsze „przechytrzenie” opozycji. Zamiast wysyłać policję, by rozproszyła patrole obywatelskie Bąkiewicza, idzie dalej niż PiS i wprowadza pełne kontrole. Celem jest zmniejszenie presji politycznej, przejęcie kontroli nad ROG i zajęcie się rosnącymi obawami dotyczącymi imigracji, przy jednoczesnym wykazaniu zdecydowanej reakcji na niemieckie kontrole graniczne. „To nie jest walka racjonalna”, podsumowuje Wieliński, „ale walka o narrację”.

Nowy rodzaj polityki

Polski rząd dwukrotnie przedłużył kontrole, co oznacza, że ​​będą one obowiązywać przynajmniej do 4 kwietnia 2026 roku. Nie jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę, że popiera je około 58% społeczeństwa, a 60% deklaruje dezaprobatę dla ROG. Wielu Polaków zdaje się podzielać przesłanie premiera Tuska dotyczące bezpieczeństwa.

Dr Krzysztof Wojciechowski powtarza jednak, że kontrole na granicy polsko-niemieckiej to „bardzo, bardzo zła i głupia rzecz”. Polski rząd wprowadza kontrole „nie dlatego, że jest coś do kontrolowania, ale w odpowiedzi na prawicową histerię”.

Kiedy Berlin po raz pierwszy wprowadził kontrole w październiku 2023 roku, Tusk potępił „de facto zawieszenie układu z Schengen na dużą skalę”. Teraz, gdy kontrole odbywają się po obu stronach, Warszawa i Berlin dołożyły wszelkich starań, aby pokazać łaczące je silne relacje.

Kanclerz Niemiec Friedrich Merz pochwalił „bardzo bliską, bardzo koleżeńską, przyjazną współpracę” z Tuskiem, podkreślając, że „[chcą] razem rozwiązać łączący ich problem”. Podkreślił, że ​​„swoboda przemieszczania się w strefie Schengen będzie działać długoterminowo tylko wtedy, gdy nie będzie nadużywana przez tych, którzy promują nieregularną migrację”.

Pod koniec lipca były minister spraw wewnętrznych Tomasz Siemoniak zorganizował wraz ze swoim niemieckim odpowiednikiem Alexandrem Dobrindtem konferencję prasową na granicy polsko-białoruskiej. Mińsk od lat prowadzi wojnę hybrydową, przemycając migrantów o niezalegalizowanum pobycie do Europy przez Polskę. Obaj ministrowie zobowiązali się do wspólnego rozwiązywania problemów imigracyjnych na zewnętrznych granicach UE.

Pomimo tej obietnicy współpracy, rozszerzenie polskich kontroli na granicy z Niemcami jedynie wzmacnia propagandę prawicowych populistycznych środowisk. Tusk wprowadził to samo zawieszenie zasad Schengen, które potępił niecałe dwa lata temu – i to na granicy polsko-niemieckiej, gdzie nie ma konfliktu imigracyjnego porównywalnego z tym z Białorusią.

Agnieszka Zdziabek-Bollmann palcem wskazującym obrysowuje kontury Unii Europejskiej, jednocześnie sprzątając stół, przy którym siedzimy. Na jednym końcu jest Ukraina, a na drugim Portugalia. Wskazując na Frankfurt i Słubice, pyta z niedowierzaniem: „A my nagle wprowadzamy własne kontrole tutaj, pośrodku? Warszawa i Berlin najwyraźniej nie rozumieją, jak żyjemy” – podsumowuje Zdziabek-Bollmann.

„Politycy uważają, że jedynym sposobem walki z populistami jest bycie bardziej populistycznym” – mówi Wojciechowski – „ale po co? Prawica nie ma moralnego kompasu. Gdyby mogła, podpaliłaby cały kraj tylko po to, by krzyczeć, że może go naprawić”.

Tymczasem prawicowi politycy wymyślają kolejny problem albo skrzykują kolejny patrol obywatelski. Od czasu wprowadzenia kontroli, skrajnie prawicowi demonstranci zalali ulice dziesiątek polskich miast, a PiS zapowiedziała, że w październiku zorganizuje w Warszawie duży antyimigracyjny wiec.

„Europa potrzebuje bardzo poważnego i dalekosiężnego rozwiązania” – mówi mi Marzenna Guz-Vetter – „które lepiej chroniłoby nasze granice zewnętrzne i uwzględniało problemy makroekonomiczne napędzające migrację”.

„Państwa muszą zająć się problemami integracji”– mówi Wojciechowski – „zamiast uciekać się do ‘kosmetycznych’ kontroli.” Chociaż nieregularna migracja znacznie spadła w ostatnich latach, UE nie radzi sobie z odpowiednią integracją nowych migrantów, jak wynika z tego indeksu.

A przede wszystkim, jak mówi Norbert Cyrus, „chodzi o przesłanie”.

Ratusz w Słubicach przypomina budynki z czasów komunizmu, które można znaleźć w całej Polsce. Wygląda na stosunkowo stary, betonowy, a kolorowa elewacja zaczyna szarzeć – przypomina kolorem chmury deszczowe, które zastają mnie, gdy tu przyjeżdżam.

Gabinet Marzeny Słodownik sprawia jednak wrażenie jasnego. Zauważam żółty kwiat na parapecie, a przez prześwit w chmurach wpada światło. Sama Słodownik emanuje tym samym radosnym optymizmem. Opowiada mi, że 14 miesięcy temu, kiedy została wybrana na burmistrza, kandydowała pod hasłem „Gmina jak marzenie”, które nawiązywało zarówno do obietnicy spełniania „marzeń, a nie polityki”, jak i było grą słów odnoszącą się do jej imienia.

Jednocześnie jest dla mnie jasne, że jest silną, twardo stąpającą po ziemi osobą. Przed wyborami Słodownik nigdy nie angażowała się w politykę, pracowała dla organizacji pozarządowych i charytatywnych. Przez sześć lat, w tym w czasie pandemii, pracowała jako fundraiserka w miejscowym szpitalu. Kiedy mówi, siada prosto, składa ręce, kładzie je na stole, skupiając na sobie uwagę.

W trakcie rozmowy Słodownik powtarza, że ​​nie uważa się za polityczkę. „[Politycy] mówią to, co ich elektorat chce usłyszeć, a nie prawdę, a to oznacza, że ​​są częścią problemu” – mówi. „[Mój zespół] składał się z zupełnie nowych osób, dalekich od polityki, ale chcących naprawdę działać, rozmawiać ze wszystkimi stronami i szanować odmienne poglądy”.

Marzena Słodownik, burmistrz Słubic

Dzisiaj rano grupa osób wtargnęła do ratusza i zaczęła krzyczeć na Słodownik, nazywając ją „tęczową burmistrz” i oskarżając o chęć przekształcenia Słubic w kolejny Frankfurt – który, jak twierdzili, jest opanowany przez niebezpiecznych migrantów. Słodownik opowiada mi, że spotyka się z takimi przypadkami na co dzień. „Po prostu się witam, przedstawiam i zapraszam na kawę, żeby porozmawiać o moich pomysłach na miasto”.

Słodownik dodaje, że spotyka się z podobną krytyką w radzie miasta, z której dwie trzecie członków sprzeciwia się jej poglądom. „Każda sesja to lawina ataków” – mówi – „Kusi, żeby zniżyć się do tego samego poziomu. Ale najlepszą metodą jest zawsze rozmowa. Jedyne, co mogę zrobić, rozmawiając z radą miasta, to powiedzieć im, co czuję, odpowiednio się bronić i dobrze wykonywać swoją pracę”.

„Nasze społeczeństwa stają się coraz bardziej spolaryzowane. Ludzie chcą postępować według zasady: oko za oko, ząb za ząb” – kontynuuje Słodownik – “ale nie potrzebujemy paraliżu, nie potrzebujemy dodatkowych problemów”.

„Dziś Unia Europejska potrzebuje przywódców z nową perspektywą i przesłaniem, mądrych i odważnych, którzy będą należycie chronić Unię, a jednocześnie ją wzmacniać. Tak to widzę, tutaj, na granicy, w mieście partnerskim, które oddycha wspólnymi płucami w samym sercu Europy”.

Zdjęcia wykonane przez Stasia Kaletę. W kolejności:

  1. Most między Frankfurtem nad Odrą a Słubicami, widok w kierunku Słubic
  2. Polska kontrola graniczna
  3. Znaki „STOP IMIGRACJI!” i Ruch Obrony Granic
  4. Niemiecka kontrola graniczna
  5. Lilia Syrek-Jermakowicz, właścicielka kwiaciarni
  6. Sklep z papierosami w Słubicach
  7. Inne sklepy z papierosami przy granicy
  8. Marzenna Januszkiewicz, krawcowa
  9. Stoisko z owocami i warzywami na Polenmarkt
  10. Inne stoiska na Polenmarkt
  11. Agnieszka Zdziabek-Bollmann, polsko-niemiecka konsultantka ds. zarządzania
  12. Ruch uliczny we Frankfurcie nad Odrą przed mostem
  13. Ruch uliczny na autostradzie w kierunku Berlina tuż za Frankfurtem nad Odrą, 
  14. Festiwal Hanzeatycki
  15. Maraton Festiwalu Hanzeatyckiego
  16. Diabelski młyn podczas Festiwalu Hanzeatyckiego
  17. Atrakcje na Festiwalu Hanzeatyckim
  18. Claus Junghanns, burmistrz Frankfurtu nad Odrą
  19. Dr Krzysztof Wojciechowski, były dyrektor  Collegium Polonicum
  20. Collegium Polonicum
  21. Uniwersytet Europejski Viadrina
  22. Wewnątrz Uniwersytetu Europejskiego Viadrina
  23. Dwóch członków ROG
  24. Robert Bąkiewicz, lider ROG
  25. Marzena Słodownik, burmistrz Słubic
  26. Ratusz w Słubicach
  27. Flagi na ratuszu w Słubicach

Foto.: Visegrad Insight. 

Artykuł został opublikowany w jęz. angielskim 03 października 2025 r. na Visegrad Insight.

Dajemy do myślenia

Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.