Muzyczna modernizacja

Nagrany w 1998 roku przez zespół Kury „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” to album, który w eklektyczny i błyskotliwy sposób daje przyspieszony kurs wrażliwości, która przenika polską scenę muzyczną po 1989 roku. Po raz pierwszy głośno wyrażono na nim całościową krytykę ówczesnej kultury muzycznej, wypływającej zarówno z głębokiego rozczarowania status quo, jak i z tęsknotyRead more

9 lipca 2014

Nagrany w 1998 roku przez zespół Kury „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” to album, który w eklektyczny i błyskotliwy sposób daje przyspieszony kurs wrażliwości, która przenika polską scenę muzyczną po 1989 roku. Po raz pierwszy głośno wyrażono na nim całościową krytykę ówczesnej kultury muzycznej, wypływającej zarówno z głębokiego rozczarowania status quo, jak i z tęsknoty za procesem, który możemy z perspektywy czasu  nazwać „muzyczną modernizacją”.

Ten luźny zbiór kilkunastu piosenek i skitów, głównie autorstwa Tymona Tymańskiego, legendarnej postaci polskiego yassu, jazzu i rocka alternatywnego, powstał w ambitnym celu skonfrontowania się z właściwie każdą pracującą w ramach rodzimej kultury etykietką gatunkową. Tylko po to, by brutalnie ją potem obśmiać, doprowadzić do groteski, spacyfikować. Stąd na „P.O.L.O.V.I.R.U.S-ie” usłyszymy zarówno numery nawiązujące do tradycji surowego punku, a także ballady disco polo, przaśny, stadionowy metal, kibicowskie przyśpiewki, piosenkę poetycką i oazowe szanty. W chwili premiery traktowany raczej w kategoriach kabaretowych, po latach „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” stał się nawet nie tyle pozycją kultową, co przede wszystkim pewną cezurą na mapie rozwoju polskiej muzyki alternatywnej.

Okładka albumu "P.O.L.O.V.I.R.U.S."
Okładka albumu „P.O.L.O.V.I.R.U.S.”

Jak się okazało, był to głos oburzenia o charakterze profetycznym – przez kolejne kilka lat, wraz z wejściem w nowe millenium swoją obecność zaczęły zaznaczać projekty wyrażające właśnie tęsknotę za zachodem, upominające się o „dokończenie modernizacji”, kopiujące w mniej lub bardziej udany sposób europejskie i amerykańskie trendy, głównie w muzyce gitarowej. Do najważniejszych z nich można zaliczyć takie zespoły, jak The Cool Kids of Death, The Car Is On Fire, Lenny Valentino czy Ścianka.

Z dzisiejszej perspektywy lekcja „P.O.L.O.V.I.R.U.S-a” wydaje się szczególnie cenna. I choć na dzisiejszej scenie muzycznej ze świecą szukać równie otwarcie krytycznych i konfrontacyjnych projektów, a fascynacja zachodnią nową falą i indie rockiem przechodzi raczej do przeszłości, to właśnie dzięki skumulowanej i głośno wyartykułowanej na tym krążku frustracji rozpoczęły się w polskiej muzyce procesy, dzięki którym wyszła ona ze skansenu, w jakim utknęła w latach 90. – w kleszczach nostalgii wobec niegdyś prężnych, subwersywnych nurtów w rodzaju punk-rocka (Dezerter, Maanam) czy bardziej konserwatywnych zjawisk, mających później wielki wpływ na medialno-festiwalową kulturę muzyczną.

To dzięki pozycji, jaką uzyskały np. bluesowy Dżem czy folk-rockowy Voo Voo, mogły przetrwać do dzisiaj na przykład Festiwal w Jarocinie – odbywający się już od ponad trzydziestu lat muzyczny festiwal, kultywujący raczej tradycję bliższą „starszej” generacji miłośników rocka, – czy „Teraz Rock”, niestety jedyne na rynku czasopismo zajmujące się muzyką popularną przeznaczone do szerokiej dystrybucji, również znane raczej z „konserwatywnego” gustu i ograniczonego wyboru omawianych zespołów.

To pod koniec lat 90. zaczęły mieć miejsce zjawiska, które wydały swoje owoce dopiero wiele lat później, a idący za nimi sukces polegał w takim samym stopniu na rozwoju i dojrzewaniu świadomości muzycznej Polaków, jak i wytrwałej pracy polegającej na jej kształtowaniu, wykonywanej przez samych artystów, promotorów, dziennikarzy. Jedne z najważniejszych dzisiejszych labeli płytowych zajmujących się dystrybucją wydawnictw z pogranicza techno, house’u i eksperymentalnej elektroniki, Mik Musik Wojciecha Kucharczyka i Recognition Jacka Sienkiewicza, właśnie wtedy rozpoczęły swoją działalność, choć na rozgłos i wydawnicze sukcesy obie oficyny musiały poczekać.

Zarówno Mik Music, jak i Recogniction, antycypowały postępujące mniej więcej od 2010 roku zjawisko, które można określić jako eksplozję wydawniczej produktywności. O ile jeszcze dziesięć lat temu fantazmatem, „wzorcem wymarzonej kariery”, który skłaniał młodych muzyków do sięgnięcia po gitary czy syntetyzatory, była wizja starania się o kontrakt płytowy z dużą wytwórnią, to dzisiaj sytuacja nierzadko ulega zupełnego odwróceniu – młodzi artyści coraz częściej sami podejmują się założenia własnego labela i wydają swoją twórczość na własną rękę.

Ilość tego rodzaju inicjatyw i częstotliwość, z jaką pojawiają się nowe ciągle zaskakuje. Wystarczy zresztą przyjrzeć się bliżej warszawskiej, krakowskiej czy wrocławskiej scenie alternatywnej, budującej się głównie wokół twórców z pogranicza muzyki eksperymentalnej i elektronicznej. Projekty w rodzaju Sangoplasmo Records (na której czele stoi nagrywający pod pseudonimem Lutto Lento Lubomir Grzelak), BDTA, Monotype, Bocian Records, U Know Me, Lado ABC, Fuck You Hipsters!, Stajnia Sobieski czy pomniejsze, dopiero rozkręcające się inicjatywy w rodzaju Wounded Knife, Jasieni lub Dunno, założone lub „rozkręcone” na przestrzeni ostatnich kilku lat stanowią nie tylko o sile i produktywności polskich artystów (w zasadzie niemal wszyscy zaangażowani w animowanie niezależnego rynku wydawniczego zajmują się również tworzeniem muzyki), ale również o ogromnym potencjale na przyszłość i przede wszystkim palącej potrzebie niezależności; dążeniu do zakładania i rozwijania własnych inicjatyw i wkładu w budowanie rodzimej sceny muzycznej.

To, co kilka lat temu stanowiło przedmiot zazdrości młodszych kolegów z branży, w nowych warunkach przegrywa ze strategią samodzielności. Kiedy wiele lat temu jazzowo-elektroniczny pochodzący z Wrocławia duet Skalpel podpisywał kontrakt z legendarną brytyjską wytwórnią Ninja Tune, odczytywano to jako symbol gigantycznego sukcesu i upatrywano w takiej ścieżce kariery wzór dla młodych, niezależnych artystów. Najpierw należało „wybić się” w kraju, żeby jak najszybciej przenieść (przynajmniej w sensie przynależności wydawniczej) swoją działalność zagranicę.

W ostatnich kilku latach perspektywa uległa znaczącej zmianie – zamiast iść na artystyczne kompromisy z największymi wytwórniami, albo szukać szczęścia w zachodnich wytwórniach tzw. „średniego szczebla” wielu artystów decyduje się na jednoczesną aktywność na wielu frontach, odmawiając jednoznacznej identyfikacji. Czołowi przedstawiciele młodej, eksperymentalnej elektroniki – Piotr Kurek i Lutto Lento (ostatnio supportujący Bonnie „Prince’a” Billy’ego w trasie na Starym Kontynencie) – grają nie tylko w klubach i na festiwalach w całej Europie, ale też i świecie, a jednocześnie obaj wydają swoje płyty, winyle i kasety (stanowiące coraz ważniejszą część rynku wydawniczego) w niewielkiej, jak na zachodnie warunki, wytwórni Sangoplasmo. W dobie, kiedy „buzz” wokół danego artysty tworzy się na podstawie tego, co udostępni na Soundcloudzie, Bandcampie czy innych portalach muzyczno-społecznościowych, legitymizacja, jaką daje znana wytwórnia przestaje mieć takie znaczenie, jakie miała jeszcze dziesięć lat temu.

Nieprzypadkowo więc głośny artykuł na Pitchforku dotyczący polskiej niezależnej sceny muzycznej, jaki ukazał się w kontekście zeszłorocznej edycji jednego z najważniejszych wydarzeń tego rodzaju w naszym kraju, katowickiego OFF Festivalu (notabene organizowanego przez jednego z pierwszych popularnych „modernizatorów” polskiej muzyki pop, byłego lidera Myslovitz i Lenny Valentino, Artura Rojka), pojawił się na jego łamach dopiero teraz – choć przecież OFF jest imprezą odbywającą się już od wielu lat. Nieprzypadkowo o twórczości Kuby Ziołka – samozwańczego adepta „brutalizmu magicznego”, lidera niezliczonej ilości projektów, począwszy od zespołu Ed Wood, przez Innercity Ensemble, Kapitał, Hokei, a skończywszy na ostatnio najgłośniejszych jego inicjatywach: Starej Rzece i T’ien Lai – dopiero teraz napisał prestiżowy Quietus: choć przecież jest on znaczącą postacią polskiej alternatywy od wielu lat. Zmiany w recepcji polskiej muzyki na świecie nie wyznaczył jakiś drastyczny przełom na poziomie wydawanej muzyki – to proces, który trwał od wielu lat, będący efektem wytrwałej i żmudnej pracy – ale nowe strategie organizacji kultury wokół niej: prężna i produktywna działalność polskiej sceny, wytrwała działalność promotorów, wydawców, artystów, instytucji kultury (niezwykle istotnym i coraz wyraźniej zaznaczającym się zjawiskiem jest muzyka powstająca na pograniczu sztuki i performensu), dziennikarzy. Choć trudno mówić o rewolucji (szczególnie pod względem finansowym: utrzymywanie się z muzyki jest dla większości niezależnych artystów ciągle czymś z pogranicza kompletnej fantazji), to ostatnie piętnaście lat historii polskiej alternatywy było czasem niezwykle istotnych przesunięć i nie sposób tego nie docenić – nawet jeśli na ich prawdziwie spektakularne efekty wciąż nie przestajemy czekać.

Jakub Wencel

Student filozofii na Uniwersytecie Warszawskim. Zajmuje się krytyką muzyczną i filmową oraz pisze o grach komputerowych. Publikował teksty między innymi na łamach serwisów i czasopism „Res Publika Nowa”, „Dwutygodnik”, „Krytyka Polityczna”, „Wakat”, „Filmweb”, „Gry-OnLine”, „Polygamia”, „Porcys” „Książę i żebrak”. Wyróżniony w XIV, XV i XVIII edycji Konkursu im. Krzysztofa Mętraka.

Dajemy do myślenia

Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.