Ekonomia
Strona główna
Świat
Technologia
Janusz Lewandowski: Jak powinniśmy wykorzystać atuty Polski, by stała się jeszcze silniejsza?
16 kwietnia 2026
15 kwietnia 2016
„Polska będzie wielka albo nie będzie jej wcale” – tym cytatem z Józefa Piłsudskiego zaczęła się prezentacja Planu Morawieckiego. W istocie, nazywa się Planem na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, co brzmi tyleż obiecująco co myląco. Każda z kolejnych ekip rządzących prezentowała podobne plany – mieliśmy Plan Kołodki, Hausnera, Boniego. Ich rolą było nakreślenie horyzontu działań, stworzenie czytelnej narracji, która zmobilizuje wysiłki administracji w jednym kierunku i rozbudzi zbiorową wyobraźnię. Czy jednak Plan Morawieckiego nie pokłada zbyt wielkiej wiary w roli, jaką do odegrania ma państwo?
Tekst pochodzi z najnowszego wydania dziennika „Polska”. Zobacz, co w nowym numerze.
Do 2027 roku 75% największych firm z listy Standard & Poor’s 500 zniknie bądź zostanie wymienione przez inne. To przykład skali zmian, które czekają rynki. Rozwijać się będą te firmy, które się zmienią – innowacyjność jest więc przede wszystkim sposobem na przetrwanie. Dotyczy to także w pewnej mierze państw narodowych, których monopol na władzę i organizowanie życia społecznego w ostatnich dekadach został znacznie naruszony przez rozwój gospodarki cyfrowej i egalitaryzację narzędzi komunikacji. Miarą innowacyjności dla państwa w tym zakresie jest umiejętność adaptacji do zmieniających się okoliczności: największego kryzysu porządku postwestfalskiego, deterytorializacji suwerenności i wzrostu znaczenia roli aktorów niepaństwowych. Odpowiedzią na wyzwania musi być próba strukturalnego wyrwania Polski z izolacji, zagęszczenia relacji z otoczeniem, silniejszego związania z międzynarodowymi rynkami, odnalezienia swojego miejsca w łańcuchu globalnych dostaw. Jednocześnie – co może wydać się paradoksalne – państwo na miarę dzisiejszych czasów musi być nudne: przewidywalne w swoich procedurach, administracyjnie nieuciążliwe, subsydiarne wobec potrzeb obywateli-klientów. Parafrazując słowa Marszałka: Polska będzie zwinna albo nie będzie jej wcale.
Przekładając to na język praktyki politycznej: Polska stanie się tym, co będzie mierzyć. Póki poziom sukcesu będziemy mierzyć wspinaniem się państwa po drabince wzrostu gospodarczego, póty będziemy próbowali powtórzyć drogę państw, których drogi powtórzyć się nie da: zmieniły się okoliczności, czas zmienić cele.
Dziś na przekór globalnym trendom nadal pozostajemy w paradygmacie wzrostu. W samym Planie Morawieckiego wzmianka o Produkcie Krajowym Brutto pojawia się 39 razy. Co PKB w istocie mierzy? „Wszystko tylko nie to dlaczego warto żyć” – tymi słowy w 1968 roku Robert F. Kennedy oceniał instrumentarium, które pół wieku później dla nas jest wciąż punktem odniesienia. Czy tak archaiczne narzędzie pozwala właściwie oceniać postęp? Z pewnością nie odpowiada ono wyzwaniom cyfrowej gospodarki, której lwią część stanowić w przyszłości będą niefinansowe, bezpośrednie wymiany usług pomiędzy użytkownikami. Umyka mu również najważniejsza być może cecha rozwiniętych społeczeństw, bez której nijak marzyć o innowacyjności: wysokość kapitału społecznego, którego poziom w Polsce jest niski, a charakter antypaństwowy.
Popularnych na rynku innych wskaźników jest wiele: UNDP od niemal dekady publikuje wskaźnik rozwoju ludzkiego (HDI), Wielka Brytania mierzy krajowy dobrobyt (national well-being) swoich obywateli, a OECD niedawno uruchomiło indeks lepszego życia (better life index). Uznając powyższe i inne sposoby mierzenia postępu, przejrzymy się jak w powiększającym lustrze, które nie ukrywa żadnej skazy. Z wyników, które otrzymamy, partyjni propagandziści nie zrobią raczej użytku: niski kapitał społeczny, marny dostęp do mieszkalnictwa, fatalna jakość wyższej edukacji, wysoka luka dochodowa czy zanieczyszczenie powietrza. Jednak tylko takie postawienie sprawy może nas doprowadzić do uczciwej diagnozy, z której nie wyłoni się ani obraz „Polski w ruinie” ani „zielonej wyspy 25 lat po transformacji ustrojowej”. Kolejnym krokiem jest próba szukania rozwiązań: z państwem w roli moderatora dialogu, a nie jego lidera; w sposób włączający stronę społeczną, biznes, instytucje międzynarodowe; w nowoczesnej, partycypacyjnej formie, z równym udziałem dwudziestomilionowej polskiej diaspory.
Gdyby Henry Ford na początku swojej kariery spytał klientów, czego chcą, wszyscy byliby zgodni: chcemy szybszych koni. Więc ich nie pytał. Dziś my chcemy „szybszych koni” – przednowoczesnego, nieograniczonego rozwoju, gdy świat myśli o pojazdach napędzanych wodorem, a do głównego nurtu ekonomii coraz silniej przenika refleksja o postwzroście.
fot. pit1233 | Wikimedia
Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.