Aktualności
Darmowe
RPN
Strona główna
Pastorki: zmiana, której Kościół potrzebuje
4 kwietnia 2026
4 listopada 2014
Przywykliśmy już do tego, że polityka kulturalna jest trudnym obszarem łączenia wartości, pieniędzy, opinii i rozpaczliwie słabych wskaźników efektywności. Co chwila pojawiają się pożary i skandale wywoływane przez prymitywnych polityków, kiepskich urzędników i aroganckich twórców niekoniecznie walczących tylko o przetrwanie.
Mamy też mnóstwo dobrych rzeczy, choć pewnie jeszcze dużo czasu zajmie, zanim polityki kulturalne staną się rzeczywiście obszarem współpracy a nie wyniszczających konfliktów. Tyle tylko, że tego czasu już nie mamy. Skoncentrowani na problemach sektora kultury nie zauważyliśmy, że przestaje być ona ważna i potrzebna.
Najbardziej ordynarne rozumienie polityki kulturalnej zakłada zarządzanie dostępnymi zasobami i zgłaszanymi oczekiwaniami. W tym mieści się niestety także zarządzanie konfliktami w kulturze. Nie ma tutaj miejsca na rozwiązywanie problemów i realizację celów. W tej perspektywie zmuszamy się do dyskusji o pieniądzach − a przede wszystkim ich braku.

Durnowaci politycy nie umieją rozwiązywać problemów, jeśli nie mają na to dodatkowych pieniędzy. Uzależnieni od publicznego finansowania ludzie kultury zbyt często wspólnie jedynie mówią o wartościach ̶ po pieniądze chodzą już indywidualnie. Łatwo w takim środowisku wzniecić zamęt i nastawić jednych przeciwko drugim. Wygranym w tej sytuacji, choć tylko w krótkiej perspektywie, jest jedynie lokalny decydent bądź decydentka. A przecież wszyscy jedziemy na jednym wózku.
Słabość naszej polityki kulturalnej może być niezauważalna na poziomie pojedynczych instytucji czy wydarzeń. Łatwo jest zaprzeczyć nadciągającej katastrofie, widząc tłumnie odwiedzane przez widzów wydarzenia. Nie pomaga także fakt, że w ciągu ostatnich lat polityki kulturalne otworzyły się na nowe formy organizacji i powoli przezwyciężamy najbardziej palące problemy systemowe – nadrabiamy braki w infrastrukturze, modernizujemy działanie instytucji kultury, tworzymy przejrzyste warunki wsparcia organizacji pozarządowych, indywidualnych twórców i grup nieformalnych. Oczywiście nie wszędzie w jednakowym stopniu i wciąż w zbyt dużym uzależnieniu od widzimisie polityków.
Wydaje się jednak, że właściwa droga została wytyczona i wystarczy poczekać, aż podmuch zmian dotrze do najmniejszych nawet ośrodków. Można tylko żałować, że modernizacja sektora kultury nie postępuje w równomiernym tempie i w manii budowania murów oraz narzędzi zapomina się o zapewnieniu stabilnych warunków do tworzenia np. indywidualnym twórcom i animatorom kultury. Jednak to, co wygląda dobrze w skali mikro blaknie, gdy na politykę kulturalną spogląda się ze znacznie szerszej perspektywy.
Wtedy wygląda ona marnie. Ostatni raport Eurobarometru z 2013 roku poświecony dostępowi i uczestnictwu w kulturze pokazuje, że w Polsce nie tylko nie wzrósł, ale wręcz spadł poziom uczestnictwa. Ilość osób, których partycypację wskaźnik określa jako „niskie” wzrosła od 2007 r. o 19%. Badania uczestnictwa pokazują zaś, że czytelników „rzeczywistych”, czyli osób czytających więcej niż siedem książek rocznie mieliśmy w 2012 r. tylko 11%. W porównaniu do roku 2004 to spadek o ponad 100%. Okazuje się, że mimo naszych wspólnych starań o lepsze warunki do tworzenia kultury nie tylko nie udało się nam ich wykorzystać do pozyskania nowych odbiorców, ale także straciliśmy część dotychczasowych. Nie chce się oczywiście wierzyć, że ci ludzie stali się ignorantami lub przerzucili się na takie uczestnictwo w kulturze, które umyka statystykom.
Prowadzone zaś przez Res Publikę badania miejskich polityk kulturalnych pokazały wyraźnie, że dla 66 miast głównym celem działań w obszarze kultury było budowanie infrastruktury.
Wydatki badanych ośrodków przeznaczone na mury i sprzęt w okresie od 2006 do 2012 r. wzrosły o ponad 170%. Wysokość inwestycji w działania programowe w tym samym okresie wzrosła o niespełna 40%. Przy czym, po 2010 r. wzrost ten jest już symboliczny − albo nie ma go wcale.
Wydaliśmy miliardy złotych na remonty w kulturze, ale brakuje nam środków na to, by stworzony w ten sposób potencjał wykorzystać. Oczywiście nowe budynki nie powstają tylko dla powiększenia prestiżu – często są to ważne miejsca, w których kultura ma szansę wykorzystać drzemiący w niej potencjał. Trochę głupio jednak, że umiemy zadbać o tak kosztowne warunki pracy twórców, a nie stać nas na zapewnienie ewidentnie podstawowej rzeczy, jak ubezpieczenie społeczne dla artystów.

Najprostszym rozwiązaniem byłoby zwiększenie kulturalnych budżetów, ale sprowadzanie rozwiązania tylko do kwestii pieniędzy byłoby oszukiwaniem samego siebie. Warto też zauważyć, że o funduszach na kulturę rzadko mówi się w kategoriach inwestycji. Jeżeli już, to dyskusje dotyczą tylko infrastruktury. Na kulturę się przede wszystkim wydaje.
Polityka kulturalna skazująca kulturę na izolację i walkę o przetrwanie nie powstała celowo. Wierzę, że jest to skutek uboczny tego, że o jej losach decydowali ludzie, dla których kultura i jej rola jest równie oczywista jak oddychanie. Nie pomyśleli nawet, że to może się zmienić. Wewnątrz systemu nie było też zbyt wielu zachęt do tego, by wyjść poza to błędne koło. Instytucje kultury poszukujące i aktywnie zdobywające fundusze z zewnątrz każe się na przykład obcinaniem bieżących dotacji. W kulturę w Polsce trudno inwestować, gdy miejsca mające ku temu potencjał praktycznie nie mogą odłożyć żadnych środków. Dotację niewykorzystaną uważa się za zwróconą.
Tymczasem na naszych oczach kultura przestała być czynnikiem decydującym o rozwoju. Stała się elementem warunkującym stopień jakości życia, dodatkiem, usługą publiczną mającą pomóc mieszkańcom w spędzeniu wolnego czasu.
Minister Kultury, za którego kadencji nastąpił tak drastyczny spadek uczestnictwa w kulturze pręży dumnie pierś do odznaczenia za ilość metrów kwadratowych nowych murów i sukcesy międzynarodowe naszych twórców. O ile Zdrojewskiemu należą się oczywiście duże brawa za otwarcie na dialog ze środowiskiem kultury, o tyle brak zaangażowania w przełamywanie sektorowości kultury i lekceważące traktowanie pracy animatorów kultury zasługuje na krytykę.

W ten sposób świadomie zrezygnowaliśmy z narzędzia, które może pomóc w kształtowaniu pozytywnych postaw obywatelskich i ma niebagatelne znaczenie dla powstawania zdrowych społeczności lokalnych. Dużo mówimy o tym, że miasta są motorem napędowym naszej gospodarki i powinny rozwijać się w sposób zrównoważony. Aby to było możliwe, potrzebujemy jednak świadomych swoich praw i obowiązków obywateli, którzy rzeczywiście tworzą wspólnotę mieszkańców. Nie da się tego zaordynować prawem i nawet najlepsza strategia rozwoju naszych miast nie zadziała, jeśli mieszkańcy nie będą w stanie sobie nawzajem zaufać i wznieść się ponad swoje partykularne interesy oraz afirmację prawa własności jako wartości absolutnej i niczym nieograniczonej. Mówimy tu o rozwoju cywilizacyjnym, który bez kultury będzie po prostu cyniczną pogonią za indywidualnym dobrem.
Mieszkańcy naszych miast, którzy nie czytają i nie uczestniczą są dzisiaj poza zasięgiem kultury. Sprzyja temu polityka kulturalna, która koncentruje się na podaży i zupełnie nie dba o popyt. Nie chodzi mi jednak o to, aby nagle cała nasza działalność artystyczna za priorytet obrała sobie utylitarność i działanie na rzecz zmiany społecznej. Myślę raczej o zrównoważeniu ̶ przeniesieniu akcentów tam, gdzie jest to możliwe i wykorzystaniu pieniędzy publicznych, z których finansowana jest dzisiaj kultura, do zasilenia realizacji celów wykraczających poza tworzenie ponadczasowych dóbr kultury i sztuki, np. Działań rewitalizacyjnych. Oznacza to większą troskę o przyszłość kultury w Polsce.
Dzisiejszy plan rozwoju kultury i polityki kulturalnej to podkreślone w exposé Premier Kopacz zwiększenie dostępności kultury. W istocie przekłada się to na darmową kulturę, która dzięki temu ma stać się bardziej atrakcyjna. Koszt biletu, książki czy płyty ma oczywiście niebagatelne znaczenie dla wielu naszych rodaków, ale zgodnie z danymi Eurobarometru o wiele bardziej istotny jest brak czasu i brak zainteresowania. Skupienie się tylko na rozwiązaniu jednego z powodów nieuczestniczenia może pomóc, ale może także dodać nam dodatkowych zmartwień. Darmowa kultura faktycznie będzie za darmo, ale tylko dla jej indywidualnego odbiorcy. Koszty będą musieli ponieść sponsorzy albo mecenasi, czyli w naszym przypadku głównie budżety samorządów i państwa. A jeśli tacy sponsorzy się nie znajdą ̶ czy twórcy będą musieli pracować „jeszcze bardziej” za darmo?
Inną sprawą jest fakt, że oficjalnie zachęcamy ludzi kultury do rozwoju przedsiębiorstw kreatywnych, których głównym obszarem działalności gospodarczej ma być przecież zarabianie na kulturze. W latach 90. bezpłatne koncerty plenerowe i festyny organizowane przez duże stacje radiowe i telewizyjne na długo ograniczyły szanse na sukces muzycznych wydarzeń biletowanych. Podejrzewam, że przyzwyczajenie odbiorcy do tego, że za kulturę nie trzeba płacić, może odbić się negatywnie na wszystkich tych, którzy nie chcą robić kultury za pieniądze publiczne i finansują ją z pieniędzy swoich odbiorców. Oczywiście może być zupełnie odwrotnie ̶ zachęceni i rozbudzeni kulturalnie rodacy mogą tłumnie ruszyć do galerii, księgarń i teatrów. Aby jednak się tak stało, nie wystarczy zwiększony dostęp do darmowej kultury, ale również szereg działań, które sprawią, że raz przekazane wrażenia zostaną na długo utrwalone i staną się motywacją do dalszych poszukiwań.
Zmiany muszą być znacznie głębsze i wymagają przemyślenia roli, jaką kultura pełni (lub może pełnić) w społeczeństwie. Można by napisać całą książkę poświęconą związkom kultury i rozwoju, ale jej treść tak długo pozostanie w sferze myślenia życzeniowego, jak długo nie odzyskamy odbiorców. Jeśli kultura nie stanie się ponownie ważna dla mieszkańców, wszelkie postulaty pozostaną czystą teorią. Nie przez przypadek w toczącej się kampanii wyborczej nigdzie nie trwają poważne debaty o kulturze i polityce kulturalnej.
Być może zmiany wymaga cały system. Może powinniśmy wszystko popsuć, aby móc spojrzeć na siebie i nasze działania z zupełnie innej perspektywy. Może zbyt długo gramy w tę samą grę i nie jesteśmy w stanie pokonać schematów, w które wpadliśmy. A może nie powinniśmy robić zupełnie nic i czekać aż „samo zaskoczy”. Tylko co zrobimy, gdy okaże się, że uczestnictwo nie tylko nie wzrośnie lecz spadnie? W jaki sposób będziemy wówczas argumentować, że jednak warto inwestować w kulturę?
Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.