Kertész: Eureka!

Przypominamy fragmenty wystąpienia zmarłego dziś Imre Kertésza, wygłoszonego w Sztokholmie 10 grudnia 2002 roku, po otrzymaniu literackiej Nagrody Nobla

31 marca 2016

Zacznę od być może szczególnego, ale absolutnie szczerego oświadczenia: w chwili, kiedy wsiadłem do samolotu lecącego do Sztokholmu, aby odebrać przyznaną mi literacką Nagrodę Nobla, poczułem na sobie uporczywe spojrzenie jakiegoś beznamiętnego obserwatora. I oto w tej uroczystej chwili, w której nagle znalazłem się w centrum powszechnej uwagi, utożsamiam się raczej z tym chłodnym śledzącym mnie obserwatorem niż z czytanym na całym świecie pisarzem. I mogę mieć jedynie nadzieję, że niniejsze przemówienie, jakie mam zaszczyt przy tej szczególnej okazji wygłosić, pomoże mi pokonać to rozdwojenie i zespolić w jedność te obie tkwiące we mnie istoty.

Ciągłe nie do końca zdaję sobie sprawę ze współzależności między wysokim wyróżnieniem a moim dziełem, a właściwie z moim życiem. Być może zbyt długo żyłem pod dyktaturami, we wrogim i beznadziejnie obcym duchowo otoczeniu, abym pozyskał pisarską świadomość. Nad tym jednak nie warto się dłużej zastanawiać. W dodatku zewsząd dawano mi do zrozumienia, że to, co mnie interesuje, czyli mój „temat”, nie jest ani atrakcyjny, ani na czasie. Ponieważ było to jednak całkowicie sprzeczne z moim wewnętrznym przekonaniem, potraktowałem swoje pisanie jako najbardziej osobistą sprawę.

(…)

Chciałbym powrócić w tym miejscu do wyłącznie osobistej sprawy, do pisarstwa. Istnieją pytania, których człowiek na moim miejscu w ogóle sobie nie stawia. Jean Paul Sartre poświęcił całą książeczkę kwestii: dla kogo piszemy? Ciekawe, choć niebezpieczne pytanie. Jestem wdzięczny losowi, że nigdy nie musiałem się nad tym zastanawiać, na czym zasadza się niebezpieczeństwo. Jeśli na przykład wybierzemy sobie jakąś klasę społeczną, którą nie tylko chcemy wychwalać i nią się zachwycać, ale również na która chcielibyśmy wpływać, kształtować ją, to przede wszystkim musimy przypatrzyć się własnemu stylowi, rozważyć, czy będzie odpowiednim instrumentem do uzyskania właściwego efektu. Jeśli pisarza ogarną takie wątpliwości to przede wszystkim skupi się na samym sobie. A ponadto skąd ma wiedzieć, jakie są życzenia jego publiczności, co jej się podoba? Nie jest przecież w stanie pytać o to każdego człowieka. Na darmo zresztą by to czynił. Może tylko wyobrazić sobie publiczność, zastanowić się nad jej potrzebami i właściwościami, utożsamić się z czytelnikami, zespolić w odczuciach. A więc dla kogo pisarz tworzy, dla kogo pisze? Odpowiedź jest oczywista: dla siebie!

Taki i tylko taki wyciągnąłem wniosek. Uświadomiłem to sobie bez większych problemów: ja nie miałem bowiem publiczności, na nikogo nie zamierzałem wpływać ani nikogo kształtować. Nie zacząłem pisać z celem określonym z góry, a to, co napisałem, nie było też do nikogo adresowane. Jeśli już moje pisanie miało jakiś cel, to był nim język i forma wiernie przylegająca do przedmiotu. I nic więcej. (…)

Już znacznie trudniej jest mi odpowiedzieć na w pełni uzasadnione, choć nie bez wątpliwości postawione pytanie: dlaczego piszemy? W tej kwestii również miałem szczęście, ponieważ i tu nawet przez chwilę nie miałem możliwości wyboru.


Zwróćmy masom demokrację! Nowy numer Res Publiki: „Najpierw masa, potem rzeźba” już w sprzedaży. Zamów go w naszej internetowej księgarni!

2-15-FB-cov


Z przerażeniem stwierdziłem, że w dziesięć lat po powrocie z obozu koncentracyjnego, po latach straszliwej machiny stalinowskiego terroru, pozostało mi jedynie jakieś mgliste wspomnienie i kilka anegdot. Jakby to wszystko nie mnie się przydarzyło. Jest oczywiste, że tego rodzaju chwile mają swoje antecedencje, a Zygmunt Freud tłumaczyłby je zapewne stłumieniem traumatycznych przeżyć. Kto wie, czy w tym przypadku nie miałby racji. Ponieważ jednak skłaniam się raczej w stronę racjonalizmu i obcy jest mi wszelkiego rodzaju mistycyzm oraz entuzjazm, zwłaszcza kiedy w rachubę wchodzą zjawy, więc za tym, co przeżyłem, musiało stać coś realistycznego, co przybrało nienaturalny kształt, jakieś ujawnienie tkwiącej we mnie myśli, coś w rodzaju odkrycia wyrażonego starożytnym okrzykiem: EUREKA! JEST!

(…)

Z całkowitą szczerością oceniając swoją ówczesną sytuację, wypada mi powiedzieć, że nie wiem, czy będąc na Zachodzie, żyjąc w wolnym społeczeństwie, byłbym w stanie napisać taką samą powieść, którą dziś pod tytułem Los utracony zna świat i którą szwedzka Akademia uhonorowała najwyższym wyróżnieniem literackim.

Nie! Zapewne starałbym się napisać to inaczej. Nie twierdzę, że niezgodnie z prawdą, ale może z innego rodzaju, inną prawdą. Na wolnym rynku myśli i książek być może poszybowałbym w kierunku bardziej błyskotliwej konstrukcji tej powieści, być może przemieszczałbym się w czasie, aby zrelacjonować tylko ważkie, wstrząsające sceny. Tylko że bohater mojej powieści nie żyje w koncentracyjnych obozach swoim własnym czasem, nie jest przecież panem ani swego czasu, ani języka, osobowości, losu. Nie pamięta, tylko istnieje. Równolegle tkwi w potrzasku, nie może uwolnić się od okrucieństwa codzienności. Zamiast niezwykłych, tragicznych, wielkich chwil musi przeżywać wszystkie po kolei potworności. Jak w życiu.

Przywiodła mnie to do zaskakujących wniosków. Musiałem konsekwentnie prowadzić narrację. Nie mogłem na przykład pominąć tych dwudziestu minut z moich przeżyć, które pozostały w pamięci jako czarna dziura, obłok śmierci. Mówię o tych dwudziestu minutach na rampie kolejowej obozu koncentracyjnego w Birkenau, od momentu kiedy wyrzucani z wagonów docieraliśmy przed oblicze selekcjonującego nas oficera. Jak przez mgłę pamiętam te dwadzieścia minut, ale powieść wymagała, abym nie zawierzał wyłącznie swojej pamięci. Niemniej ile wspomnień tych, co przeżyli selekcję, wysłuchałem lub przeczytałem, wszystkie ograniczały się do jednego. Wydarzenia rozgrywały się niezwykle szybko i mgliście: rozsuwane drzwi wagonów towarowych, wrzask i szczekanie psów, odrywanie kobiet od mężczyzn, dzikie zamieszanie, popychanie przed oblicze oficera, który jednym spojrzeniem ogarniał nieszczęśników, wyciągnięta w lewo lub w prawo ręka, po czym błyskawiczne odnajdywanie się w obozowych pasiakach.

Inaczej zapamiętałem te dwadzieścia minut. Sięgnąłem do wiarygodnych źródeł i najpierw przeczytałem pełne samoudręczenia, okrutne opowiadanie Tadeusza Borowskiego Proszę państwa do gazu. Potem dotarłem do serii zdjęć wykonanych na rampie w Birkenau przez jakiegoś SS-owca, znalezionych przez Amerykanów w koszarach załogi Dachau. Z wstrząsającym zdumieniem przypatrywałem się przedstawionym na tych zdjęciach ludziom z transportu. Piękne, uśmiechnięte kobiece twarze, inteligentni młodzi mężczyźni, pełni dobrej woli, usłużni. Wtedy zrozumiałem, dlaczego w naszej pamięci zatarły się te zawstydzające minuty bezradności, pokory. A kiedy uprzytomniłem sobie, że wszystko to powtarzało się co dnia, co tygodnia, co miesiąca, identycznie całymi latami, wówczas wniknąłem w mechanizm i technikę grozy, zdałem sobie sprawę z tego, jak było możliwe skierowanie ludzkiej natury przeciw ludzkiemu życiu, przeciw sobie samemu. W taki oto sposób, krok po kroku, zmierzałem po równoległej drodze poznania systemu i to było moim odkryciem, moją eureką. Szybko też doszedłem do wniosku, że całkowicie nie interesuje mnie już, dla kogo piszę ani po co w ogóle piszę. Interesowało mnie jedynie, czy mam jeszcze do czynienia z literaturą. Stało się bowiem dla mnie jasne, że od literatury, od jej ducha, od tych wszystkich idei, które wiążą się z literaturą, dzieli mnie nieprzekraczalna granica, którą jest Auschwitz. Jeśli piszemy Auschwitz, musimy wiedzieć – przynajmniej w pewnej mierze – że to słowo wyklucza literaturę. O Auschwitz można napisać tylko czarną powieść, aby nikogo nie obrażać, brukową powieść w odcinkach, która zaczyna się w Auschwitz i trwa po dziś dzień. Od tamtego czasu bowiem, od czasu Auschwitz, nie wydarzyło się nic, co odwołałaby Auschwitz, zaprzeczyło temu, co tam się stało. I dlatego w moim pisaniu Holokaust nigdy nie mógł pojawić się w czasie przeszłym.

Mówią o mnie – i raz jest to pochwałą, a raz przyganą – że jestem pisarzem jednego tematu: Holokaustu. Nie mam nic przeciwko temu. Dlaczego zresztą nie miałbym w tym charakterze zająć wyznaczonego mi miejsca na bibliotecznych półkach? Który pisarz nie jest dziś bowiem pisarzem Holokaustu? Przecież nie trzeba bezpośrednio zajmować się Holokaustem, aby nie zauważyć zgasłego głosu, który od dziesiątków lat dominuje w nowoczesnej sztuce Europy. Pójdę w swym rozumowaniu dalej: nie znam uczciwej, wybitnej sztuki, w której nie dałoby się odczuć tego przytłumionego tonu, tej pełnej zmory nocy, po której człowiek niczym zbity pies rozgląda się bezradnie po świecie. Nigdy nie próbowałem uważać Holokaustu za nierozwiązywalny konflikt między Niemcami i Żydami. Nigdy też nie uważałem, że Holokaust jest jedynie najnowszym rozdziałem historii cierpienia Żydów, logicznym następstwem poprzednich prób, któremu został poddany ten naród. Nigdy nie uznawałem Holokaustu za jednorazowy dramat w dziejach, za większy od poprzednich pogrom, który był warunkiem powstania żydowskiego państwa. W Holokauście rozpoznałem stadium człowieczeństwa, końcową stację wielkiej przygody, do której po dwóch tysiącach lat etyki i moralności dotarł europejski człowiek.

Teraz trzeba myśleć o tym, w jaki sposób powinniśmy iść dalej. Problemem Auschwitzu nie jest bowiem to, czy podkreślimy go grubą kreską, czy też nie, czy zachowamy go w pamięci, czy też ukryjemy w jednej z odpowiednich szuflad historii, czy wzniesiemy trwały pomnik milionom zamordowanych i jedynie będziemy się spierać o to, jak też ten pomnik powinien wyglądać. Prawdziwym problemem Holokaustu jest to, jak do niego w ogóle doszło, jak doszło do faktu, którego w żaden już sposób ani dobra, ani złą wolą nie możemy zmienić. Tę pełną powagi sytuację bodaj najtrafniej określił węgierski poeta katolicki Janos Pilinszky, kiedy po prostu nazwał ją ,,skandalem”. A przez to w oczywisty sposób stwierdził, że Auschwitz wydarzyło się w kręgu chrześcijańskiej kultury i jest nie do przebolenia. Stare proroctwa mówią, że Bóg umarł. Nie ulega wątpliwości, że po Auschwitz zostaliśmy sami. Sami musimy stworzyć nowe wartości, codzienną, wytrwałą i niewidoczną etycznie pracowitością, która wyniesie w końcu te wartości na światło dzienne i być może awansuje do rangi nowej europejskiej kultury. Nagrodę, którą szwedzka Akademia uznała za słuszne wyróżnić właśnie moje dzieło, traktuję jako sygnał, że Europie znów potrzebne jest doświadczenie, któremu świadectwo dali świadkowie Holokaustu. W moim odczuciu – pozwólcie, że to powiem – jest to dowodem odwagi, a nawet w pewnej mierze zobowiązania, bo przecież wiedząc, że tu się pojawię, zdawano sobie również sprawę z tego, co tu powiem. To, co objawiło się w postaci Endlösung oraz Konzentrazionslager, nie może być uznawane za nieporozumienie i jedynym warunkiem przetrwania, zachowania sił twórczych jest przyjęcie tego zerowego punktu. Dlaczego zresztą jednoznaczność tej kwestii nie miałaby mieć twórczego znaczenia? Spośród największych moralnych doświadczeń, jeśli nawet opierają się one na bezkresnych tragediach, zawsze wyłoni się najwspanialsza europejska wartość – wolność chwili, wzbogacającej nasze życie, uzmysławiającej nam istnienie i odpowiedzialność.

(…)

Jeśli bowiem myślę o traumatycznym działaniu Auschwitz, to docieram do podstawowych problemów witalności oraz kreatywności współczesnego człowieka, w taki oto sposób, rozmyślając o Auschwitz, prawem paradoksu myślę raczej o przyszłości niż o minionej przeszłości.

 

Przełożył Tadeusz Olszański

Pełny tekst wystąpienia pierwotnie ukazał się w numerze 3/2003 „Res Publiki Nowej”.

fot. Csaba Segesvári | Wikicommons

Dajemy do myślenia

Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.