Kawa, demokracja i podziały społeczne

  Różnicę pomiędzy dziewiętnastowieczną kawiarnią paryską i warszawską pozwala zrozumieć postać Stanisława Wokulskiego z “Lalki” Prusa. Wokulski, który w Paryżu spędza sporo czasu na kawiarnianych rozmowach z naukowcami i bohemą, zarazem cierpi z powodu nieszczęśliwej miłości do warszawskiej szlachcianki Izabeli Łęckiej, na której intelekt i światowość Wokulskiego robią o wiele mniejsze wrażenieRead more

11 maja 2012

 

Różnicę pomiędzy dziewiętnastowieczną kawiarnią paryską i warszawską pozwala zrozumieć postać Stanisława Wokulskiego z “Lalki” Prusa. Wokulski, który w Paryżu spędza sporo czasu na kawiarnianych rozmowach z naukowcami i bohemą, zarazem cierpi z powodu nieszczęśliwej miłości do warszawskiej szlachcianki Izabeli Łęckiej, na której intelekt i światowość Wokulskiego robią o wiele mniejsze wrażenie niż jego czerwone ręce świadczące o niskiej przynależności klasowej. W znajdującej się w zaborze rosyjskim Warszawie zbiedniała szlachta swoją coraz niższą pozycję materialną próbuje ratować wzmożoną dystynkcją klasową. Mimo, że jako pewien określony typ społeczny to jednak Wokulski – zaangażowany inteligent i mieszczanin ze społecznego awansu – koniec końców bierze górę nad podupadającą szlachtą, zespół aspiracji zbudowanych na opozycji dwór-chłopi zostaje na swój sposób włączony w nowy inteligencki etos.

Nie bez symbolicznej ironii można czytać fakt, że kiedy Warszawa dwudziestolecia międzywojennego nabiera urbanizacyjnego impetu, najbardziej miejska kawiarnia nazywa się „Ziemiańska”. Lewicowo-pozytywistyczne ideały warszawskich inteligentów w miejsce dawnych podziałów klasowych wytworzyły nowy rodzaj dystynkcji, oparty z jednej strony na wysokim kapitale kulturowym, z drugiej na modernizacyjnym zaangażowaniu i poczuciu środowiskowej misji. Wyszydzając szlachecko-patriotyczne sentymenty konserwatystów i gloryfikując miasto, nowe elity nie potrafiły jednak pozbyć się pogardy dla pozbawionych wyrafinowanej autoironii „strasznych mieszczan”, którzy są w swoich dążeniach i aspiracjach byli zbyt przyziemni i dosłowni. Doświadczenie miejskości klas średnich i niższych było nieustannie dyscyplinowane przez pisane i niepisane reguły publicznego zachowania. Łamanie konwenansów, które w kawiarniach zyskiwało status prowokacji artystycznej, na ulicy było piętnowane jako „chamstwo”. Historyk Błażej Brzostek cytuje pamiętnik chorwackiego polonisty, który w latach trzydziestych spędził kilka lat w Warszawie: „Tu nie śpiewa się i nie gwiżdże na ulicy, w tramwaju ludzie nie gadają, (…) nikt się nie śmieje, nikt w tym mieście nie krzyczy, (…) nawet dziwki po ulicach chodzą poważne jak matrony”.

Klasy niższe mogły poluzować zasady publicznego savoir vivre’u tylko w pewnych miejscach, np. na targowiskach lub w tzw. spelunach. Tu realizowało się coś, co można by określić mianem „ludowej miejskości”, rozgrywanej przez rodowitych warszawian o pochodzeniu nieszlacheckim i nieinteligenckim, mówiących gwarą, niestroniących od dosadnego żartu i przemocy. I to pomiędzy wysublimowanymi „oparami absurdu” mieszczan z „Ziemiańskiej” a głośną rubasznością mieszczan z ludu tkwiła nowa miejska klasa średnia: spięci, solenni i dorabiający się „straszni mieszczanie”, stojący na straży moralności i dobrego wychowania.

Kawiarniana inteligencja i zlatteizowany kapitalizm

II Wojna Światowa przeorganizowała podziały społeczne. Środowiska inteligenckie zostały w dużej mierze rozbite. Ze względu na ogrom pracy przy odbudowie, do Warszawy masowo napływali tzw. chłoporobotnicy, przenoszący do miasta chłopskie style życia i normy kultury osobistej. Mieszanie się tej nowej grupy społecznej z okrojoną o ponad połowę przedwojenną miejską klasą średnią powodowało liczne tarcia. Piętnowane przez stalinowską prasę przypadki wandalizmu i chuligaństwa były w istocie efektem ubocznym formowania się miejskości, przyspieszonej urbanizacji byłych chłopów. Zarówno przedwojenne tradycje, jak i propaganda władzy umocniły powszechny obraz kawiarni jako miejsca spotkań artystów i inteligentów, przy czym tych ostatnich określano lekceważącym mianem „kawiarnianych intelektualistów”. Inteligenci mieli nie tylko swoje kawiarnie, ale wręcz swoje „stale zarezerwowane” stoliki. Przy nich toczyły się dyskusje o polityce i o sztuce, często stanowiące podwaliny opozycyjnej krytyki. W czasach, gdy nie wszyscy mieli telefon, stoliki w kawiarniach pełniły rolę ważnych i trwałych węzłów komunikacyjnych. Poza inteligenckimi kawiarniami istniała wprawdzie pewna ilość lokali bardziej otwartych na klasę średnią i robotniczą, miały one jednak najczęściej nieco inny, bardziej „barowy” profil. Przesiadywanie w kawiarni uchodziło za marnowanie czasu, ważniejsze były stołówki i bary mleczne dla „ludu pracującego”

Kolejne przemieszanie społecznych hierarchii w roku 1989 również znalazło odbicie w stołecznej gastronomii. Liberalny entuzjazm pierwszej dekady transformacji opierał się na wierze, że sukces ekonomiczny przedsiębiorczych jednostek będzie zasypywał różnice w wykształceniu czy pochodzeniu. Ekscytacja Zachodem szybko przełożyła się na trendy w stołecznej gastronomii. Wśród warszawskiej klasy średniej atrybutem wielkomiejskiego sukcesu stała się kawa latte. Drogie kawiarnie sieciowe stały się enklawami nowokapitalistycznych elit i aspirujących studentów z dobrze sytuowanych domów. Pianka latte i zuniformizowany wystrój kawiarni symbolizowały przynależność do nowych czasów i do nowej geografii – śpiesząc z kubkiem kawy do nowowybudowanego biurowca nowe elity białych kołnierzyków próbowały „doganiać Zachód”.

Joanna Kusiak

Socjolożka i miejska aktywistka, wizytująca badaczka na City University of New York, doktorantka Uniwersytetu Warszawskiego i Technische Universität Darmstadt.

Dajemy do myślenia

Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.