Aktualności
Darmowe
RPN
Strona główna
Pastorki: zmiana, której Kościół potrzebuje
4 kwietnia 2026
21 grudnia 2011
Jeśli Michał Merczyński, dyrektor Narodowego Instytutu Audiowizualnego, odpowiedzialnego za krajowy program kulturalny polskiej prezydencji, powiedział podczas debaty w redakcji „Res Publiki Nowej”, że wszystko poszło świetnie i obyło się bez większych problemów, to świadczy to co najmniej o tym, że jego zespół nie przeprowadził (jeszcze?) rzetelnej ewaluacji. Tego typu zdania ogólno twierdzące łatwo obalić wskazaniem choćby jednego kontrprzykładu – i takim kontrprzykładem jest, a właściwie już był, pawilon „Your Reality Machine” zaprojektowany przez Olafura Eliassona, urodzonego w Kopenhadze i tworzącego w Niemczech artysty islandzkiego pochodzenia.

Przypomnijmy: w założeniach wyłoniony w międzynarodowym konkursie (przeprowadzonym przez Narodowy Instytut Audiowizualny i Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie) pawilon Eliassona miał od lipca do grudnia 2011 roku, czyli przez cały czas trwania prezydencji, stać na Placu Defilad, służąc jako tymczasowa przestrzeń dla projektów kulturalnych, ożywiających tę smutną wyrwę w tkance miejskiej Warszawy, zaś na początku stycznia miał być przekazany w darze Duńczykom, którzy obejmują prezydencję w pierwszym półroczu 2012 roku – tym samym dzieło trafiłoby do miasta urodzenia swojego twórcy.
Żadne – dosłownie żadne – z tych zamierzeń się nie powiodło. Plac Defilad na długo przed rozpoczęciem przez Polskę prezydencji zajęli budowniczowie metra, a pawilon udało się postawić – w nowej lokalizacji u zbiegu Krakowskiego Przedmieścia i Karowej – dopiero na początku września, co zresztą było dopiero preludium do prawdziwych kłopotów. Od pierwszych dni pawilon zaskakiwał skalą niedoróbek. Pękające lustra i „klawiszujące” płyty chodnikowe w połączeniu z, zaplanowaną przez Eliassona, ażurową konstrukcją zadaszenia i ścian bocznych nie zachęcały nikogo do organizowania w pawilonie wydarzeń kulturalnych. Bez ogrzewania i oświetlenia nie był to obiekt zdatny do użytkowania w długie jesienne wieczory. W dodatku w międzyczasie okazało się, że Duńczycy – którzy nie jedną prezydencję mają już za sobą, a w czasie kryzysu ograniczają wydatki – nie są zainteresowani prezentem z Polski (który musieliby przez pół roku utrzymywać, a później przekazać kolejnej prezydencji albo zwrócić nad Wisłę).
Próby ratowania krajowego „programu pawilonu” podjęło się Muzeum Sztuki Nowoczesnej, które zaproponowało zagospodarowanie obiektu w ramach październikowego festiwalu „Warszawa w Budowie”. Ostatecznie w oficjalnym programie festiwalu lokalizację w pawilonie znalazło tylko jedno wydarzenie: spotkanie z jego twórcą, Olafurem Eliassonem. Na kilka dni przed planowaną datą (de facto) plenerowego wykładu artysty wydarzenie przeniesiono do Pałacu Kultury i Nauki, gdzie zresztą też Eliasson nie dotarł, odwołując w ostatniej chwili swój przyjazd do Polski. Trudno rozstrzygnąć, czy nie przyjechał, bo bał się oskarżeń o zaprojektowanie bubla, czy obraził się na skalę niewykorzystania swojej konstrukcji. Aż trudno to sobie wyobrazić, ale w pawilonie „Your Reality Machine” przez cały okres prezydencji nie wydarzyło się absolutnie nic, a na przełomie listopada i grudnia został on rozebrany, bo… przeszkadzał przy zakładaniu świątecznej iluminacji Traktu Królewskiego!
Nie chcę generalizować. Sprawa pawilonu Eliassona to zapewne tylko wstydliwy „wypadek przy pracy” (zamawiających?, projektanta?, wykonawców?, zarządców?), być może wypadek jedyny, czyli wyjątek potwierdzający regułę. Wyjątku tego jednak nie sposób pominąć, tym bardziej, gdy słyszymy – a tak słyszeliśmy podczas debaty „Akcja czy reakcja?” – że nic się nie stało, a pawilon od początku był projektowany przede wszystkim jako… rzeźba miejska. Praktyka dostosowywania zakładanych celów do zrealizowanych efektów brzmi niepokojąco i – mam nadzieję – też została zastosowana wyłącznie w drodze wyjątku.
Czekamy zatem na rzetelną ewaluację, której nadrzędnym celem będzie znalezienie odpowiedzi na pytanie, czy po sześciu miesiącach przewodnictwa w Radzie Unii Europejskiej jesteśmy postrzegani przez unijnych partnerów tak samo jak przed prezydencją, lepiej, czy może gorzej? Chciałbym, żeby z urzędowych analiz podsumowujących polską prezydencję i jej program kulturalny, wynikało nie tylko to, że założony plan udało się wykonać w 95 procentach (albo 90 albo 100), lecz także to, jak ten założony plan miał się do dynamicznie zmieniającej się kryzysowej rzeczywistości europejskiej.
Program kulturalny – brawurowo zaplanowany i zasadniczo świetnie przeprowadzony – wykazywał bowiem, niestety, zerową reaktywność na wydarzenia polityczne i gospodarcze w Europie. O ile lipcową przesadę w celebrowaniu przez Polskę rozpoczęcia prezydencji (cztery równoległe koncerty i gigantyczny pokaz sztucznych ogni w Warszawie) tłumaczono w zagranicznych mediach „wrodzonym optymizmem Polaków”, o tyle dzisiaj ta pewnie nieco śmieszna dla Europy pierwszej prędkości nadgorliwość unijnego neofity powoli staje się już – być może – irytującym ekscesem nuworysza, który nie potrafi zachować się w towarzystwie, a kompleksy leczy szpanerskimi wydatkami. Chciałbym się mylić – i dlatego z niecierpliwością czekam na wyniki ewaluacji najbardziej w naszej najnowszej historii pracowitego półrocza polskiej dyplomacji kulturalnej i publicznej.

Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.