Aktualności
Darmowe
RPN
Strona główna
Pastorki: zmiana, której Kościół potrzebuje
4 kwietnia 2026
Dziś zwycięstwo Hattie McDaniel, wcielającej się w rolę Mammy, opiekunki Scarlett O’Hary w adaptacji „Przęminęło z wiatrem”, jest traktowane jako jedna z tych rocznic końca dyskryminacji mniejszości etnicznych, którą lepiej pozostawić na kartach podręczników niż regularnie świętować. Film Victora Fleminga nie tylko budował fałszywy mit walczącego o swoje interesy i tożsamość Południa z czasów wojny secesyjnej, ale powielał najgorsze rasowe stereotypy, których wiele już w chwili premiery obrazu w 1939 roku budziło niemałe kontrowersje.
Powieść Margaret Mitchell trafiła na ekrany w nieco zmienionej i „złagodzonej” pod względem przedstawienia stosunków społecznych wersji, ale nie przekonało to amerykańskich ruchów zniesienia dyskryminacji rasowej, które dość zdecydowanie zaczęły się odżegnywać – dopuszczając się nawet otwartej krytyki – dwuznacznego potencjału politycznego tryumfu McDaniel.
Aktorka, która była również piosenkarką i komiczką, planowała nawet ruszyć w trasę po Stanach Zjednoczonych z materiałem opartym na swojej postaci z „Przeminęło z wiatrem”, ale chłodna reakcja afroamerykańskiej mniejszości zmusiła ją do odwołania tych planów.
Jeżeli Hattie McDaniel miała kiedyś szansę zostania patronką czarnoskórej części Hollywood i zbudować wokół siebie mit, to można chyba powiedzieć, że wraz z ogłoszeniem nominacji do Oskarów siedemdziesiąt pięć lat później, wszystkie te wysiłki zostały zaprzepaszczone. Amerykańską Akademię od zawsze oskarża się o przesadny konserwatyzm: faworyzowanie filmów o zdecydowanie patriotyczno-promilitarnej wymowie; wystawnych produkcji, których nieskrywanym celem pozostaje przede wszystkim pielęgnowanie określonego rodzaju „pamięci historycznej”.
Jeżeli rzucimy okiem na śmiesznie krótką listę Afroamerykanów nominowanych do najważniejszych nagród i jeszcze krótszą listę tych faktycznie nagrodzonych, to staje się jasne, że problem sięga znacznie głębiej: szczególnie gdy uświadomimy sobie, że pierwszą (i jedyną) aktorką, która odebrała Oskara za rolę pierwszoplanową była Halle Berry w 2001 roku, a najlepszym reżyserem – za „Zniewolonego” – Steve McQueen został ogłoszony na ubiegłorocznej gali.
Choć ta ostatnia decyzja mogła być odczytywana jako sygnał nadchodzących zmian, również w kwestii wyboru samych filmów („Zniewolony” był jedną z bardziej radykalnych prób reinterpretacji historii Stanów Zjednoczonych w ostatnich latach), to tegoroczne nominacje każą zastanowić się, czy na pewno nie był to, niestety, wypadek przy pracy.
Medialną burzę w zachodnich mediach wywołały przede wszystkim dwie rzeczy: to, że po raz pierwszy od 1998 roku rozdanie nominacji nie uwzględniło żadnych aktorów i aktorek o innym kolorze skóry niż biały oraz niemal całkowite nieuwzględnienie w nominacjach reżyserskich autorki głośnej „Selmy”; filmu doskonale wpisującego się przecież w klucz Akademii.
„Selma” dostała co prawda nominację za najlepszy film, ale – pomimo krytycznego sukcesu i wielu innych nagród – nie doczekała się żadnego innego wyróznienia. Od kilku lat nominacje do głównej nagrody przyznaje się aż dziesięciu filmom, w przeciwieństwie do „standardowych” pięciu w innych kategoriach. Można zgadywać, że gdyby nie ta rozszerzona formuła konkursu, „Selma” pozostałaby jedynie z nominacją za najlepszą piosenkę. Trudno o bardziej gorzką ironię.
Sytuację podgrzewa dodatkowo fakt, że reżyserka „Selmy” – Ava DuVernay – jest kobietą, a oskarżenia o seksizm kierowane w stronę Akademii mają niemal równie długą historię co zarzuty o rasizm. Trudno w końcu nie dostrzec, że w przypadku kategorii scenariuszowo-reżyserskich niemal stuprocentowo męska dominacja utrzymywała się długo po tym, jak kobiety zostawały w Hollywood nie tylko pierwszoligowymi reżyserkami, ale również nie miały problemu ze zdobywaniem nagród na innych festiwalach.
Tę farsę zakończyło w końcu przyznanie zaledwie cztery lata temu nagrody Kathryn Bigelow za „The Hurt Locker”. Nagrody raczej wymuszonej, bo trudny do pojęcia kasowy sukces tego filmu wynikał właściwie wyłącznie na resztkach społecznej euforii związanej z zabiciem Osamy Bin Ladena. DuVernay świetną „Selmą” – ale również i swoimi wcześniejszymi filmami – udowadnia, że nie tylko jest znacznie lepszą reżyserką niż Bigelow, ale jej kino skuteczniej kształtuje tak uwielbianą przez Akademię przestrzeń historycznego mitu.
Wspomniana wyżej Bigelow stanęła zresztą murem za DuVernay w rozmowie z Billem Maherem w prowadzonym przez satyryka i komentatora politycznego programie na antenie HBO. Krytycznie na temat decyzji Akademii wypowiedzieli się również komicy Comedy Central, Jon Stewart i Larry Wilmore, a imponująco szybką reakcję przygotowała również obsada Saturday Night Live, przygotowując skecz w którym duch Martina Luthera Kinga nawiedza przygotowującego wypracowanie z okazji styczniowego święta licealistę, wyrażając jednocześnie swoją opinię na temat nominacji.
Trudno o bardziej trafną diagnozę rozpadającej się na oczach Amerykanów po Ferguson i zabójstwie Erica Garnera iluzji postrasowych Stanów Zjednoczonych niż tego rodzaju zderzenie: uświęcanie historycznych postaci, przypisywanie wydarzenion emancypacyjnym niemalże sakralnej postaci towarzyszy jednoczesnemu ingnorowaniu obecnych przejawów rasizmu. Największym zwycięstwem procesów dyskryminacji okazało się kulturowe przejęcie dyskursów i symboliki emancypacyjnej.
Radykalnie prawicowa Tea Party może ogłaszać swoim bohaterem Kinga, a „Zniewolony” zdobyć Oskara za najlepszy film, bo tworzy to szczelną zasłonę ukrywającą rzeczywiste problemy i napięcia. Czasami jednak za zasłoną nie daje się ukryć wszystkiego, nawet jeżeli dzieje się to w samym sercu podobno „skrajnie liberalnego” – jak często można usłyszeć w Fox News – Hollywood. I takim momentem jest właśnie tegoroczne oskarowe rozdanie, a cała medialna gorączka, jaka się wokół niego rozpętała, wskazuje na to, że im bliżej będziemy samej gali, tym więcej uda się nam podejrzeć.
Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.