Europa
Polityka
Społeczeństwo
Strona główna
Technologia
Czas stworzyć publiczny rejestr błędów AI w Europie Środkowej
29 sierpnia 2026
26 maja 2017
W drugiej ciąży nie mam zbyt wiele czasu, by spędzać czas w migocących korytarzach galerii. Jestem zajęta ukrywaniem ciąży w nowej pracy. Wymaga to nie lada wysiłków i specjalnych starań: ważny jest dobór garderoby maskujący dodatkowe kilogramy, specyficzny krok i pozycja ciała, ale przede wszystkim nakładanie na siebie dużo większej ilości obowiązków – z poczucia winy. Zaszłam niefortunnie, bez planu, bez stałej umowy, jakieś dwa, trzy tygodnie po tym, jak zostałam przyjęta. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu nad samą sobą, prawdziwy majstersztyk roszczeniowości i krętactwa, o którym tak chętnie piszą nawet prospołecznie zorientowane tygodniki opinii. Matki na zasiłku. Matki kombinatorki. Matki „biznesłumen” spod MOPS-u.
W kulturowym spadku nie dostaję dóbr materialnych, tylko etos studenckich strajków, piosenek Kaczmarskiego i Solidarności, zatem przepełniona wstydem, że oto zawiodłam pracodawcę i polskie społeczeństwo, pracuję ciężko, również w weekendy prawie do samego rozwiązania. Chcę w domu dwójki dzieci, to bardzo dziwne, zważywszy, że wśród znajomych uchodzę za wyrodne dziwo, narzekające w mediach społecznościowych na trudy matkowania. Na wieść o drugim dziecku, o córce, która w sposób oczywisty i nonszalancki zagnieździła się w moim brzuchu niecałe dwa lata po narodzinach synka, przyjaciele bliżsi i dalsi robią okrągłe oczy. Nie mamy mieszkania, nie mamy nawet kredytu, stałych, podwójnych przychodów. W życiu naszej trójki nie ma właściwie nic stałego i pewnego. Echem pobrzmiewa: „Podziwiam cię za tą decyzję” – przy czym sformułowanie „podziwiam” ma pewien szczególny, pasywno-agresywny wydźwięk. Przecież doskonale wiem, że nie podziwiają, tylko dziwią się. Zastanawia tylko to, że w tej dziko-kapitalistycznej krainie, gdzie dzieci są własnością rodziców, a rodzice kowalami losu, tak wielu martwi się, zastanawia, a chwilami wręcz potępia. W końcu czyje są te dzieci?
W firmie, w której pracuję, trwają przetasowania i roszady. Jest stresująco. Koleżanka, która podobnie jak ja ma skłonności do pracoholizmu, dzwoni do mnie, gdy jadę na porodówkę. Próbuję jej tłumaczyć, że mam wysokie ciśnienie, jadę do szpitala, prowadząc samochód, w foteliku z tyłu siedzi dwuletni syn, a mój mąż właśnie próbuje wyjechać ze Śródmieścia. W związku z tym czy projekt wymagający natychmiastowej konsultacji może chociaż trochę poczekać? „Trochę nie może” – odpowiada koleżanka. Jeszcze po zejściu z fotela, po badaniu na izbie i przyjęciu na oddział, odpisuję na wiadomości tekstowe. Chwytam się tych moich ostatnich chwil, kiedy jestem rodzicem tylko jednego dziecka. Jedno nie jest jeszcze tak kłopotliwe, mam w pamięci te rozpaczliwe i mroczne deklaracje wielodzietnych znajomych.
„Nie wyszłam z nimi sama z domu przez rok”.
„Zawsze musiał je kłaść ktoś razem ze mną”.
„Płakały naraz. Dwulatek krzyczał, młodszy miał kolkę”.
Tymczasem wracam do domu i po jakimś pół roku mogę zostać z nimi sama, nawet na kilka dni, chociaż jest to doświadczenie z gatunku izolujących umysłowo i emocjonalnie.
Po tych kilku dniach spędzonych samej z dziećmi nie waham się podziwiać się za tę decyzję.
Fragment książki „Jak pokochać centra handlowe” dzięki uprzejmości wydawnictwa Wielka Litera.
Natalia Fiedorczuk – z zawodu psychopedagożka, kompozytorka, wokalistka i publicystka. Pracuje jako animatorka kultury, zajmuje się aktywizacją obywatelską w społecznościach lokalnych. Pisała o muzyce, o internecie, estetyce i mieszkalnictwie. „Jak pokochać centra handlowe” to jej prozatorski debiut.
Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.