Aktualności
Europa
Polityka
Strona główna
Węgry po Orbánie mogą przekształcić Bałkany Zachodnie
28 maja 2026
W debatach, szczególnie z udziałem przedstawicieli/lek różnych pokoleń, słychać zniecierpliwienie, szybko górę biorą emocje i wkrótce pada kwestia: „No to co, wolelibyście Związek Radziecki?”. To zdanie ma zamknąć dyskusję, pokazać rozmówcy, że nie ma alternatywy: demokracja i kapitalizm mają tylko jedną formę i problematyzowanie ich to próba odwrócenia biegu historii. Lewo albo prawo, wybieraj. A jak chciałeś kapitalizm, to teraz nie marudź.
Rozmowę o ocenie polskiej transformacji zaczynam od stwierdzenia, że widzę globalny kontekst tych przemian: koniec zimnej wojny, rozpad ZSRR, odłączenie się od bloku wschodniego krajów, które dzisiaj nazywamy „postsocjalistycznymi”. Można powiedzieć, że gospodarczo i politycznie kraje te próbują „dołączyć” do krajów kapitalistycznego Zachodu i mieć udział w ich dobrobycie. Odłączenie się od bloku wschodniego, a szczególnie bezkrwawy przebieg przełomu w Polsce, wejście do Unii Europejskiej – to pozytywne zjawiska, które w książkach do historii zostaną opisane jako sukces polskiego społeczeństwa.
Uznanie tego kontekstu nie powinno jednak paraliżować krytycznego myślenia. To, że nie jest nam zimno, nie znaczy, że nie jesteśmy głodni. Mamy wiele potrzeb: wolność słowa, wolność przekraczania granic, ale też bezpieczeństwo socjalne, możliwość budowania swojej przyszłości, równość szans.
Jak zmieniła się sytuacja kobiet na skutek przemian polskiej demokracji i polskiego wariantu kapitalizmu?
Kobiety poniosły inne koszty transformacji niż mężczyźni. Były to koszty dość szybko widoczne, takie jak zwolnienia i pogorszenie sytuacji kobiet na rynku pracy, a nawet redukcja całych gałęzi przemysłu, w których dominowały kobiety (np. przemysł włókienniczy). Radykalne zmiany nie ograniczyły się do świata pracy: długofalowe, choć początkowo może mniej widoczne skutki, miała likwidacja dużej części instytucjonalnych form opieki – między 1989 a 2010 rokiem zlikwidowano na przykład 75% żłobków publicznych1. Ponieważ państwo w dużym stopniu wycofało się z opieki instytucjonalnej, ciężar opieki nad dziećmi i osobami zależnymi spadł na kobiety. Zajęły się nimi matki, córki, ciotki – czyli kobiety w rolach prywatnych.
Kobiety zapłaciły też cenę polityczną. W czasach PRL walczyły o demokrację jako działaczki, nierzadko liderki ruchu opozycyjnego. Równość okazała się jednak nieoczywistym składnikiem nowej, wymarzonej rzeczywistości: w obradach Okrągłego Stołu brała udział tylko jedna kobieta; kiedy w 1991 roku Komisja Kobiet w Solidarności, z Małgorzatą Tarasiewicz na czele, sprzeciwiła się wprowadzeniu zakazu aborcji, Komisję zlikwidowano; później, w czasie przygotowań do wejścia do Unii Europejskiej, prawa kobiet stały się kartą przetargową w negocjacjach polityków z Kościołem katolickim.
Najbardziej widoczną i wyróżniającą Polskę w regionie zmianą była ustawa antyaborcyjna uchwalona w 1993 roku. Jednak jeszcze przed przegłosowaniem nowego prawa, między rokiem 1989 a 1993, liczba legalnych aborcji została zredukowana o 90% za pomocą nowego Kodeksu Etyki Lekarskiej i innych środków stygmatyzujących aborcję i kobiety, które jej dokonały2. Duże znaczenie miał fakt, że po 1989 roku Kościół katolicki wyłonił się jako jedyna w pełni zwycięska siła polityczna i, w warunkach szoku ustrojowo-gospodarczego, zaczął konsekwentnie realizować swoje cele: zakaz aborcji, wprowadzenie religii w szkołach publicznych czy wpłynięcie na kształt nowej polskiej Konstytucji.
Nie tylko aborcja, ale w ogóle sprawy reprodukcyjne stały się w Polsce politycznym wentylem, wygodnym tematem dla polityków, którzy chcą się zaprezentować jako męscy i bezkompromisowi. Stygmatyzacji tych tematów w sferze publicznej towarzyszyła komercjalizacja: zepchnięcie ich, jako realnych problemów, do sfery prywatnej, w której koszty (finansowe i inne) ponoszą obywatelki i obywatele. A ponieważ aborcji w Polsce trudno już bardziej zabronić i jeszcze bardziej ją zdemonizować, w ciągu ostatnich kilku lat politycy zwrócili się w kierunku nowych tematów: edukacji seksualnej, antykoncepcji, a nawet zapłodnienia in vitro i badań prenatalnych. Jaki temat będzie następny – pokaże przyszłość.
Prywatyzacja kosztów opieki, stygmatyzacja i komercjalizacja problemów zdrowia reprodukcyjnego obciąża wszystkie kobiety, ale jest lżej odczuwana przez kobiety zamożne, które stać na prywatną opiekę ginekologiczną, prywatne przedszkole, wyjazd do londyńskiej kliniki aborcyjnej lub zatrudnienie niani. Niestety niewiele kobiet dysponuje środkami, które pozwoliłyby im zbudować taką prywatną protezę służby zdrowia i instytucji opieki. Powstaje więc nierówność oparta na powiększającej się różnicy zarobków, braku możliwości załatania dziury po państwie, które abdykowało z części tych zdrowotno-opiekuńczych funkcji. Tutaj przydatne jest pojęcie sprawiedliwości reprodukcyjnej, sformułowane przez kolorowe amerykańskie działaczki feministyczne, które dostrzegły krzyżowanie się dyskryminacji ze względu na płeć, klasę i rasę. W tej perspektywie prawo do zdrowia reprodukcyjnego jest nie tylko prawem człowieka, lecz także kwestią sprawiedliwości społecznej. Jest to pojęcie, które szczególnie dobrze pasuje do polskiej rzeczywistości – tu podziały klasowe są aktualne jak nigdy, a kontrasty społeczne od 1989 roku tylko się pogłębiają.
Samo pytanie o ocenę transformacji z perspektywy płci to ogromna zmiana – dwadzieścia pięć lat temu prawdopodobnie nikt by go nie zadał, wydawałoby się dziwaczne. To jedna z kluczowych zmian w życiu kobiet w Polsce: po 1989 roku zaczął formować się nowy ruch kobiecy, któremu udało się wprowadzić perspektywę płci i pojęcie równości płci do dyskursu publicznego. Feminizm rozszerzył pole tematów, o których można dyskutować, upolitycznił wiele spraw dotychczas uznawanych za „prywatne” (takich jak bezpłatna praca w domu, przemoc wobec kobiet, przemoc seksualna i innych) i wciągnął je do sfery publicznej, do dyskusji o polityce, prawie, gospodarce. Osiągnięciem polskiego ruchu kobiecego jest też jego wewnętrzna różnorodność i coraz większa świadomość, nie tylko tego, że jest coś takiego jak interesy kobiet, lecz także świadomość, że kobiety mogą mieć różne interesy i odmiennie definiować swoje cele (np. działaczka związkowa z supermarketu nie wysunie tych samych postulatów, co członkini stowarzyszenia pracodawców). Ruch kobiecy może się też pochwalić osiągnięciem w sferze reprezentacji politycznej – wprowadzeniem kwot na listach wyborczych w 2011 roku. Przyszłość pokaże, kiedy i na ile zwiększona reprezentacja w parlamencie przyniesie zmiany w reprezentacji substancjalnej – czyli w konkretnych sprawach ważnych dla kobiet.
Na wszystkie te diagnozy i narzekania można odpowiedzieć hasłem obchodów dwudziestopięciolecia: przecież jest wolność! Wolność oznacza, że z kraju można wyjechać. Można, ale przez te nareszcie otwarte drzwi coraz częściej ktoś próbuje mnie przepchnąć siłą. „Nie podoba się? No to wyjedź!”. Słyszę te słowa, kiedy rozmawiam z kimś o perspektywach pracy, o niepewności zatrudnienia, a przede wszystkim, kiedy mówię, że nadal nie mogę wziąć w Polsce normalnego ślubu, że jeśli zdecyduję się na założenie rodziny, to albo ja, albo druga matka mojego dziecka nie miałaby żadnych praw. Nie podoba się? To wyjedź sobie do Berlina, do Londynu! Wiele osób tak robi: emigruje z powodów ekonomicznych i/lub politycznych. Pytanie, co się stanie, kiedy wszystkie osoby, którym mówi się, że w Polsce nie są u siebie, wyjadą. I dlaczego ja mam wyjeżdżać, skoro tutaj się urodziłam?
Agata Chełstowska (1985) – antropolożka kultury, doktorantka w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych, analityczka w Obserwatorium Równości Płci Instytutu Spraw Publicznych, pisze pracę o związkach zawodowych kobiet w supermarketach, wykłada na Gender Studies UW, wykładała „Wstęp do antropologii krajów postsocjalistycznych” na Uniwersytecie w Kopenhadze, feministka, działaczka LGBTQ
Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.