Europa
Polityka
Społeczeństwo
Strona główna
Koniec Polski emigracyjnej. Czas Polski imigracyjnej
13 czerwca 2026
25 marca 2020
Koronawirus obnażył to, jak krucha jest nasza, wydawać by się mogło stabilna, codzienność. Nie jest to wirus wybitnie zaraźliwy – w porównaniu np. do odry. Śmiertelność, którą powoduje, też trudno porównywać chociażby ze śmiertelnością wywołaną ebolą – a do tego występuje ona głównie wśród ludzi starszych i osób schorowanych. Nie próbując porównywać wartości życia na poziomie etycznym, trzeba jednak stwierdzić, że z punktu widzenia gospodarczego znaczenie tej epidemii wydaje się drugorzędne.

Epidemia sama w sobie wydaje się z ekonomicznego punktu widzenia niemal nieistotna (może z wyjątkiem pewnego odciążenia systemu emerytalnego). To, co rzeczywiście uderza w ekonomię, to nasza reakcja na epidemię. Zawieszenie ludzkiej działalności w wyniku szerokiej kwarantanny powoduje jednocześnie zasadnicze zakłócenia gospodarcze właściwie na wszystkich odcinkach. Z jednej strony powoduje drastyczne obniżenie popytu, szczególnie w takich branżach jak gastronomia, turystyka, hotelarstwo.
Jednak ograniczenie popytu dotyczy w pewnym stopniu prawie każdej branży (poza tymi związanymi ze służbą zdrowia). Równolegle mamy ograniczenia podaży – w związku z epidemią wiele firm ogranicza produkcję. Najwyraźniej było to widać w Chinach, gdzie zatrzymanie fabryk nadwyrężyło łańcuchy logistyczne całego świata. Podaż ograniczają również regulacje rządów wyłączających pewne branże, na przykład usługi gastronomiczne. Oba efekty powodują natychmiastowe skurczenie się gospodarki (czyli recesję) – tym dłuższą i głębszą, im dłużej trwa zawieszenie.
To rodzi pewną pokusę – zignorowania epidemii. Skoro większość osób przechodzi infekcję lekko lub wręcz bezobjawowo, to może warto zachowywać się tak, jak gdyby nigdy nic, i czekać, aż wytworzy się w społeczeństwie odporność stadna. Tym samym straty ekonomiczne związane z epidemią zostałyby znacząco ograniczone. Takiemu złudzeniu poddały się na początku Chiny, potem Włochy, a ostatnio Wielka Brytania (wycofując się, na szczęście, z pomysłu po kilku dniach, za które zapłaci najprawdopodobniej olbrzymią cenę).

Tyle że ulegnięcie tej pokusie daje straszliwe skutki. Owszem, porównanie liczby zgonów z liczbą ofiar raka, smogu czy grypy wypada blado. Tylko do corocznych zachorowań na grypę czy raka jesteśmy przyzwyczajeni i przygotowani. Za to szpitale zakaźne nie są przygotowane na napływ tysięcy nowych chorych, zaś ich pojawienie się gwarantuje załamanie systemu. Chińczycy w trybie pilnym postawili zupełnie nowy szpital w Wuhan. W Lombardii się to nie udało i ludzie umierają na korytarzach – mimo że to jeden z najbogatszych rejonów Europy.
Załamanie służby zdrowia to śmierć nie tylko dla zakażonych koronawirusem, ale i dla wielu innych chorych, którzy nie są w stanie uzyskać odpowiedniej opieki. Za tym idzie panika i załamanie podstawowych struktur społecznych. Zatem uleganie złudzeniu „ochrony gospodarki” przez ignorowanie problemu to pakowanie się w jeszcze gorsze kłopoty. Dlatego strategia selektywnej kwarantanny i izolacji, powodująca wypłaszczenie liczby zachorowań, powoduje, że epidemia trwa dłużej, ale liczba chorych będzie łatwiejsza do udźwignięcia dla systemu ochrony zdrowia.
Skurczenie się gospodarki zarówno do strony popytu, jak i podaży potencjalnie nie musi być takie groźne – o ile po okresie pandemii obie strony wrócą do normalności. To jednak zależy od wielu czynników. Po stronie podaży – firmy muszą ponosić koszty stałe, a jednocześnie nie mają przychodów. To sytuacja, w której z powodu braku płynności bardzo szybko spodziewać się można fali bankructw. To przekładać się będzie też na brak dochodów osób zatrudnionych w najbardziej narażonych branżach, a co za tym idzie spadek popytu. W ten sposób gospodarka może znaleźć się w spirali recesji.

Zasadne zatem wydaje się w pierwszej kolejności zapewnienie firmom płynności, tak by mogły przetrwać okres kwarantanny. Najprostszym sposobem jest odroczenie zapłaty zobowiązań podatkowych. Tyle tylko, że to ulga pozwalająca przetrwać na bardzo krótką metę – inne koszty stałe – przede wszystkim płace – będą bardzo szybko ciągnęły firmy w dół. W zawiązku z tym rządy w Europie – w tym w Polsce – przewidują dopłaty rządowe także do płac.
Jednak problem utrzymania płynności dotyczy nie tylko firm, ale i budżetu. Odcięty od wpływów podatkowych i jednocześnie drenowany dopłatami i rosnącymi wydatkami na opiekę społeczną budżet znajdzie się w trudnej sytuacji. Kraje, które kumulowały nadwyżki na taką okazję, sobie poradzą, te słabsze i mniej wiarygodne mogą mieć problem. Ale na dłuższą metę żaden budżet tego nie wytrzyma – zarówno krajowy, jak i budżet UE.
W sukurs mogą przyjść banki centralne, zapewniając finansowanie budżetu przez skup obligacji – czyli poprzez dodruk pieniądza. To tabu od czasów dwudziestolecia międzywojennego, kiedy podobne działania wywoływały hiperinflację. Jednorazowe działania tego typu w przypadku kryzysu wydają się uzasadnione, jednak pozostaje obawa, że dżin, raz wypuszczony z butelki, nie da się tam znowu zapędzić, a pokusa nadużycia pozostanie żywa.
Inglot Sp. z o.o. zwiększa produkcję żelu do mycia rąk
Najistotniejszą niewiadomą pozostaje jednak czas trwania stanu nadzwyczajnego. Zdeterminuje on bowiem skalę strat oraz skuteczność nadzwyczajnych środków. Te używane na dłuższą metę z jednej strony stracą skuteczność, z drugiej zyskają na toksyczności. Pudrowanie strat świeżo wydrukowanymi pieniędzmi działa tylko na początku – potem straty zaczynają być i tak odczuwalne. Na chwilę obecną nie wiadomo, czy wirus osłabnie z nastaniem wiosny (a co za tym pójdzie – powróci jesienią, przynosząc nowe problemy), czy też będzie się utrzymywać – pesymistyczne scenariusze mówią o konieczności nawet rocznej kwarantanny. Takiego obciążenia nie wytrzyma żaden budżet.
Tomasz Kasprowicz – wiceprezes Zarządu Fundacji Res Publica, przedsiębiorca, ekonomista.
Fot. via WikimediaCommons (CC BY-SA 3.0)
Analizy i publicystyka od ludzi dla ludzi. Wesprzyj niezależne polskie media.